pirackie-zycie blog

Twój nowy blog

Rozdział II

8 komentarzy

Mijały dni na okręcie, a Ronja jakoś rzadko kiedy pokazywała się na pokładzie. Zazwyczaj przesiadywała w swojej kajucie, zamknięta na klucz, niby ustalając nowy kurs, a tak naprawdę dumając nad tym, że jej drogi znowu przecięły się z drogami Montero. Najgorsze było to, że sama do końca nie wiedziała, co czuje do mężczyzny. Bo jednocześnie gdzieś w jej sercu nadal tliło się uczucie do niego, chyba tak samo silne, jak to pięć lat temu. A z drugiej strony odczuwała może nie nienawiść, ale co najmniej ogromną niechęć do Hiszpana za to, że ją tak zostawił. Wciąż czuła się skrzywdzona i to niesłusznie, bo ofiarowała hrabiemu Montero wszystko, co miała – swoją urodę, serce i dziewictwo, oczekując w zamian tylko tego, żeby ją pokochał. I niczego innego. A on… On odpłacił jej taką monetą…


Rudowłosa pannica w wieku piętnastu lat przytrzymała się mocniej dłoni przystojnego Hiszpana.
- Ej, czy ty chcesz, żebym ja się zabiła?! – pisnęła wesoło, bo potknęła się o kamień, gdy szli przez las, a ona miała zawiązane oczy.
- Nie zabijesz się, ja nad tobą czuwam. – odpowiedział ponad dwudziestoletni mężczyzna, obejmujący dziewczynę ramieniem w pasie. – Już niedaleko…
- Mam nadzieję. – Zaśmiała się radośnie, mocniej wtulając się w jego ramiona.
- No już… – Wziął ją na ręce i zaniósł do ogromnego, bogato wystrojonego namiotu, gdzie znajdowało się równie wielkie łóżko z baldachimem, perski dywan, mnóstwo poduszek z jedwabiu i naszykowana dla nich kolacja. – Zdejmij opaskę z oczu, ángel…
- Już, już… – Zsunęła opaskę i rozejrzała się dookoła. – Jak tu ślicznie… – szepnęła, patrząc ze smutkiem na swoją ciemnozieloną, prostą, odświętną sukienczynę. – Ale ja tu nie pasuję…
- Jak się uśmiechniesz, będziesz piękniejsza niż wszystkie klejnoty świata. – Pocałował ją czule w usta.
Odwzajemniła równie czule jego pocałunek i uśmiechnęła się ślicznie.
- Obiecuję, że będę się śmiała tak często, jak tylko będziesz chciał, panie hrabio. – Dała mu prztyczka w nos.
Podrzucił ją lekko.

- To bardzo, bardzo słusznie, panienko. – Posadził ja przy stole, gdzie stało mnóstwo frykasów. – Co sobie panienka życzy? – Skłonił się dworsko.
Zaśmiała się radośnie, tuląc się do jego boku.
- A nie wiem… – Popatrzyła na niego, nieco skonsternowana. – Tyle tu dobrego… A ja znowu nic nie jadłam cały dzień… – przyznała cichutko.
- To zjedz tyle, ile zmieścisz, królewno. – Pocałował ją w dłoń. – Jeszcze trochę i zabiorę cię do Hiszpanii, tam już nigdy nie będziesz głodna…
- Naprawdę? A moją mamę też zabierzesz? – Podniosła na niego te swoje piękne, zielone oczy, takie wielkie i wiecznie zasmucone
.
- Też. – obiecał, obejmując ją ramieniem. – I już nikt was nigdy nie skrzywdzi. – Pocałował ją w skroń.
- To dobrze… – Pocałowała go w kącik ust. – Jesteś taki kochany dla mnie… – dodała, nakładając sobie wszystkiego po trochę.
Usiadł obok niej.

- Będziecie mieszkały w dużym, ładnym domu. – opowiadał. – I każdego dnia będziecie jadły do syta i ubierały się w najpiękniejsze sukienki.
- I będę twoją żoną, tak jak mi obiecałeś? – spytała, pałaszując z apetytem.
- Oczywiście. – Uśmiechnął się lekko, widząc jak je.
Gdy już się najadła i napiła nieco wina, ułożyła się z główką na jego kolanach, patrząc na niego takim rozkochanym spojrzeniem, jakiego jeszcze nie widział u żadnej kobiety, z którą był.
Uśmiechnął się czule, głaszcząc ją po włosach.
- Już niedługo, kochanie… – Pochylił się i pocałował ją lekko.
- Przecież wiesz, że na ciebie będę czekać chociażby i do końca świata. – obiecała czule, głaszcząc go po policzku. – Mój Che… – szepnęła.
- Twój… – Pogłaskał ją po ramieniu, niechcący wsuwając palce pod sukienkę. – Wybacz, skarbie. – Pocałował ją w ramię.
- Ja… Chcesz? – spytała cichutko, gotowa ofiarować mu swoje dziewictwo, tak bardzo go kochała.
- Pytanie, czy ty jesteś gotowa… – odpowiedział, jakby nieco zawstydzony jej propozycją, bo miał świadomość, że jest dziewicą.
- Wiesz, że cię kocham… I zrobię wszystko… – Podniosła się na nóżki. – Tylko nie jestem tak śliczna, jakbyś tego chciał… – dodała, rozsupłując węzełki sukni.
- Jesteś najpiękniejsza na całym świecie… – odpowiedział, zapatrzony w nią jak w obrazek.
Zarumieniła się jak piwonia, a jej sukienka opadła na ziemię, obnażając jej nagie ciało, bo nie stać jej było na haleczkę.
Uśmiechnął się lekko, po czym powoli zaczął rozpinać swoją koszulę, cały czas pożerając ją wzrokiem.
Podeszła do niego i przyklęknęła przed nim, odciągając jego dłonie od guzików, po czym sama ściągnęła tę koszulę i wtuliła twarz w materiał.
Z uśmiechem pogłaskał ją po policzku.

- Mój aniołek… – Przesunął palcami po jej drobnych ramionkach.
- Tylko twój… – Uśmiechnęła się czule i pocałowała go z całą miłością i oddaniem, jakie nosiła w swoim młodym, ale takim dzielnym serduszku.
Odwzajemnił jej pocałunek, delikatnie głaszcząc jej dekolt i małe, ale jędrne piersi.
Zarzuciła mu drobne ramionka na szyję, wciąż go całując, i zadrżała pod jego dotykiem.
Ostrożnie wziął ją na ręce i położył na łóżku, nadal całując, jakby jutro miało nie nadejść.
Sięgnęła dłońmi do paska od jego spodni, ale palce jej zbyt mocno drżały i nie mogła sobie poradzić z jego rozpięciem.
- Spokojnie, kochanie, spokojnie… – szeptał Che, całując jej szyję.
- Mhm… – wymruczała, odchylając głowę do tyłu, a jej rude loki rozsypały się na poduszce.
- Moje kochanie… – zamruczał, całując jej piersi delikatnie i trącając językiem sutki.
- Tylko twoje… – wyszeptała gardłowym głosem, który musiał na niego mocno podziałać.
Jęknął cicho, słysząc jej ton, po czym rozpiął swoje spodnie i zdjął je z siebie, ukazując się dziewczynie całkiem nagi.
Westchnęła cichutko, patrząc na niego z niemym uwielbieniem i miłością w oczach, bo miała wrażenie, że on nie jest tylko hrabią, ale chyba jakimś księciem z jej snów.
Uśmiechnął się lekko, rozchylając delikatnie jej uda i pieszcząc ją tam palcami, chcąc ją przygotować na przyjęcie swojej męskości.
Jęknęła, wyginając się w łuk i wijąc się z rozkoszy, bo jeszcze nigdy nie było jej tak dobrze, a to wszystko potęgował na dodatek smak nowości.
- Chodź do mnie… – szepnął, całując ją mocno i wchodząc w nią całym sobą, przez co natychmiast przebił się przez oddzielającą ich spragnione siebie ciała przeszkodę.
- Jestem… – jęknęła głośno z bólu, zaciskając dłonie na jego ramionach.
- Ciii… – Pocałował ją delikatnie, poruszając się nieco mocniej i chcąc złagodzić jej ból.
- Już dobrze… – Odwzajemniła pocałunek, obejmując go mocno za szyję i tuląc się do niego.
Poruszał biodrami mocno i pewnie, dostarczając jej i sobie niesamowitych rozkoszy.
Nie minęła długa chwila, gdy dziewczynka wygięła się mocno w łuk i krzyknęła cicho, widząc pod powiekami miliony gwiazd.
Hiszpan także jęknął głośno, czując jak jego ciało przenika niesamowita rozkosz.
Ronja przytuliła się do mężczyzny, uśmiechając tak czule, jak tylko ona potrafiła.
- Che? – szepnęła, głaszcząc go po policzku.
- Jestem, kochanie, jestem. – szepnął, mocno ją tuląc.
- Kocham cię… – wyszeptała cichutko, ukrywając twarz na jego piersi.
Wystraszył się lekko jej słów, bo nigdy z żadną kobietą, z którą spał, nie był tak związany. Ale maleńka Ronja nie widziała jego strachu i też nie wymagała, żeby ją kochał.
- To miło… – Pocałował ją namiętnie, wsuwając dłoń znowu między jej uda.
Odwzajemniła jego pocałunek, rozchylając kusząco nogi i obejmując go mocno za szyję, gdy znów pogrążyli się w namiętności…

Rano
Ronja obudziła się sama w pustym namiocie. Bolało ją trochę wszystko po pierwszej nocy z mężczyzną, ale nie martwiła się tym. Bardziej ją martwiło to, że Che zniknął. Po chwili wstała, założyła swoją sukienczynę, i pewna, że może jest na dworze, wyszła przed namiot. Ale i tu było pusto. Pobiegła nad niewielkie jeziorko, nad które często spacerowali, lecz Montero nie było także tu. W końcu popędziła na nabrzeże, ogarnięta złymi przeczuciami.
Gdy zatrzymała się na samym końcu kei, zamarła, a jej serduszko ścisnęło się boleśnie.
- Che… – szepnęła sinymi wargami to ukochane imię.
Okrętu hrabiego Montero nie było w porcie.

Panna Morisette, wspominając te wydarzenia, bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści na prześcieradle. Roznosiła ją w głębi duszy wściekłość na Che, że tak bezwzględnie wykorzystał zaledwie piętnastoletnią dziewczynkę. No tak, on był hrabią, bogatym i przystojnym, mógł mieć każdą kobietę na zawołanie. A ona była tylko młodą dziewczyną, niedoświadczoną, właściwie żebraczką, która miała jedną, mizerną sukienczynę zakładaną na wielkie święto.
Westchnęła ciężko, siadając na koi. Po chwili wstała i usiadła przy biurku, nie za bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić.

John Ackerman dobrze domyślał się, co się dzieje z jego panią kapitan, ale na razie nie zamierzał mieszać się w te sprawy. Do czasu, gdy któregoś dnia rudowłosa nie zrobiła dzikiej awantury jednemu z marynarzy za to, że trochę krzywo zbuchtował1 linę. I o mało co nie zastrzeliła nieszczęśnika, nie mogąc się opanować. Widział, że Ronja schudła nieco i zbladła, i martwił się o nią. Ale ta awantura na środku pokładu przechyliła szalę wagi na korzyść pomocy przeznaczeniu, więc właśnie wtedy postanowił poważnie porozmawiać z señor Montero, o którym wiedział wszystko od dziewczyny.
- Che, przyjdź za chwilę do mojej kajuty. – poprosił, widząc Hiszpana na deku2.
Montero skinął lekko głową i podążył za Johnem. On sam nie znosił dobrze tej chorej atmosfery na statku i męczyło go to, że Ronja tu jest, obok niego, tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Chciał z nią porozmawiać, ale bał się kolejnych łez i nie chciał jej znowu skrzywdzić.
- Wina, piwa czy grogu? – zapytał kwatermistrz, siadając na koi i patrząc na mężczyznę. – Chyba, że wolisz wodę, też mam schowaną. – Uśmiechnął się z zadowoleniem.
- Wody. – odpowiedział tylko Hiszpan. – O co chodzi? – zapytał, siadając na krześle pod ścianą i bujając się na jego tylnich nogach.
- Pogadać chciałem. – Podał mu butelkę z wodą. – Stary, schorowany jestem, to i z młodymi czasem chcę pogadać o tym świecie. – Westchnął wesoło. – Co sądzisz o naszej pani kapitan?
- Jest dobrym i zdolnym dowódcą. – odpowiedział wymijająco mężczyzna.
- To była odpowiedź oficjalna, a taka dla mnie? – spytał wesoło John, który zaprzyjaźnił się przez te dni z Che.
- Jest cudowną kobietą, na którą ja nie zasługuję… – szepnął Montero tak cicho, że ledwo słyszalnie.
- Czyżbyś się zakochał? – drążył temat kwatermistrz, uśmiechając się skrycie pod wąsem. – A nie interesuje cię jej przeszłość, chłopaczku? I to, jak tutaj trafiła?
- Opowiedz. – odpowiedział Hiszpan, ignorując wzmiankę o zakochaniu się.
- Trafiła do nas, jak miała 16 lat. Młoda dziewuszka przebrana za chłopca okrętowego. Nakryłem ją w czasie miesięcznej słabości, ale nie pisnąłem nikomu ani słowa i kryłem, jak mogłem. – Westchnął ciężko. – Dużo mi o sobie opowiadała i czasami płakała, wspominając pewnego hiszpańskiego hrabiego, którego mocno pokochała, a ten ją wykorzystał i zostawił. – Mimo, że niby patrzył w ścianę, to jednak bacznie obserwował Che.
Hiszpan milczał, czytając pomiędzy wersami, jak ciężko musiało być jego ukochanej Ronji. Czuł wobec siebie coraz większą pogardę i winił się za ucieczkę przed laty.
- A potem? – spytał znowu.
- A potem kapitan się dowiedział. I trochę pomstował, ale dziewczyna mu uratowała życie, spodobała się, więc się z nią ożenił. – Westchnął ciężko. – Z tego co wiem i co mi mówiła półsłówkami, to za szczęśliwe małżeństwo to nie było, a konsumpcja przebiegła pod przemocą. Później miała parę dni rozbity nos i wargę. No, ale trafiła trochę lepiej niż jej matka. Wiesz, że jej matka to była naprawdę niezła partia w St. Nevis?
Che zacisnął mocno palce na butelce wody. Gdyby tylko dorwał poprzedniego kapitana, to chyba zabiłby gołymi rękami za to, jak traktował rudowłosą. I zdał sobie sprawę, że sam do tego doprowadził, zostawiając ją wtedy.
- Nie wiedziałem. – odpowiedział, oczekując dalszych informacji.
- Aha. – skwitował to kwatermistrz. – Mianowicie jej matka to słynna z rodu doña3 Ãngelos. Ronja to półkrwi Hiszpanka, ćwierćkrwi Angielka i ćwierćkrwi Holenderka. Niezła mieszanka, co? – Zaśmiał się. – W każdym razie jej matka, Juanita don Ãngelos była obleganą panną, mogła wyjść nawet za samego syna gubernatora. Ale wybrała biedniejszego marynarza, który zrezygnował dla niej z życia na morzu. Przypłynęli do Port Royal i popadli w tarapaty finansowe, a stary Morisette zaczął pić. – wytłumaczył. – I lał matkę jak popadło, a mała Ronka żebrała na ulicy, żeby mieć na chleb i jakieś rzeczy. Po tym, jak matkę jej zatłuczono to trafiła pod skrzydła Toma Benna. Miała wtedy piętnaście lat.
Nie wiedział. Nie wiedział, no, bo i skąd miał wiedzieć? Kiedy się spotkali pięć lat temu, był zupełnie innym człowiekiem. Nie interesowała go Ronja jako taka, tylko jej piękne ciało, które wykorzystał, a potem uciekł. Nie miał wtedy pojęcia, jak bardzo pokochał tą ledwo piętnastoletnią dziewczynę, a to uczucie rosło w nim z każdym dniem. Wiele wycierpiał w swoim życiu od tamtej pory i uważał, że to kara za odrzucenie miłości tamtej niewinnej panny.
John na chwilę przerwał, po czym pociągnął łyk z butelki i kontynuował swoją opowieść.
- Kurwić się nie zaczęła. – stwierdził. – Zbyt dumna na to była, uważała, że za to, co wycierpiała od własnego ojca powinna mieć więcej i nie może się aż tak upodlić. Pracowała dla Wujka Benna, jak go nazywała i nazywa, jako barmanka. Zna wszystkie jego dziewczyny. A potem spotkała w barze naszego kapitana, Harry’ego Dempsy’ego, i zaciągnęła się na łajbę. Sam ją przyjąłem, bo już wtedy byłem kwatermistrzem. Jak stary poszedł na dno w trakcie walki spytała, czy chcemy ją jako kapitana. Obiecała mnóstwo pryzów, kupę złota i góry diamentów. I obietnicy dotrzymała, jak już ją wybraliśmy. Paru próbowała połakomić się na jej cnotę, ale każdego ubiła i wylądował za burtą bez obciążenia, bo, jak twierdziła, szkoda dobrych kul na skurwysynów. – Uśmiechnął się. – Zaprzyjaźniłem się z nią i pomagam, jak mogę.
- To dobrze, że ktoś się nią zajął. – odpowiedział w końcu Hiszpan. – A mówiła coś… Mówiła coś o mnie? – spytał, przyznając się, że to on jest tym hiszpańskim hrabią.
- Owszem. Klęła na ciebie przy każdej okazji, a Hiszpanów ze szczególnym zacięciem tłukła. Jak widziała hiszpańską banderę na horyzoncie, to sam diabeł by jej nie powstrzymał, żeby nie zatopiła tej łajby. – wyjaśnił grzecznie. – Wiesz, dlaczego ją tak bolało rozstanie z tobą? Nie tylko dlatego, że tak bardzo cię pokochała, ale też dlatego, że coś jej zostawiłeś. – Uśmiechnął się znacząco, bo oczywiście miał zamiar pomóc przeznaczeniu. – Swoją drogą, ciesz się, że cię polubiłem, bo mordę inaczej bym ci obił jak nie wiem co.
- Złamane serce? – spytał gorzko, pijąc swoją wodę.
- To akurat by wyleczyła po kilku miesiącach. – Kwatermistrz machnął dłonią. – O ile, oczywiście, zakochałaby się w kimś innym, ale ona wciąż cię kocha. Nie, zostawiłeś jej coś większego. – Zachichotał, po czym spoważniał. – Małą, słodką dziewczynkę.
Che, mówiąc delikatnie, spadł z krzesła i uderzył brodą o stół.
- Że co?! – krzyknął, nie wiedząc, co się dzieje.
- Cały jesteś, chłopcze? – spytał go kwatermistrz. – Ronja urodziła ci dziecko. Dziewczynkę, dokładnie rzecz biorąc. – wytłumaczył.
- Gdzie ona jest? – Montero rozejrzał się, jakby miał nadzieję zobaczyć dziecko tutaj.
- Ronka oddała dziewczynkę jakiejś bogatej rodzinie z St. Kitts, bo oni nie mogli mieć dzieci. Za kilkanaście złotych monet. – wytłumaczył. – Była biedna, niemal gryzła tynk ze ścian i musiała jakoś dać sobie radę.
- Ona sprzedała własne dziecko? – spytała powoli Hiszpan, czując, jak krew odpływa mu z twarzy.
- Tak. – John pokiwał lekko głową. – Powiedziała, że nie chce, żeby jej córeczka żyła tak jak ona, w brudzie, nędzy i głodzie, a tylko tyle mogła jej zaoferować. I swoje matczyne uczucie, ale tym nie była w stanie wykarmić małej.
Che pokiwał głową, ale taka argumentacja wcale go nie przekonała.
- Gdzie jest pani kapitan? – spytał tylko.
- W swojej kajucie. – odparł grzecznie, zadowolony z siebie, Ackerman.

W tym samym czasie
Ronja siedziała u siebie w kajucie, przeglądając jeden z waggonerów, wyciągnięty ze swojej skrzyni. Miała ich pełno, ponieważ każdy, jaki był na jej pryzie, zabierała i zbierała je. Przydawały się, gdy wpływała na nieznane jej bliżej wody, a poza tym, Indie Zachodnie nie były jeszcze dokładnie zbadaną krainą. Wiele razy natykała się na mielizny w miejscach, gdzie teoretycznie nie powinno ich być, wysepki oznaczone przeszło kilkaset mil dalej. Poskręcana linia brzegowa wielu wysp również sprawiała ogromne problemy żeglarzom takim, jak pani kapitan La Negra Rosa.
Che zapukał delikatnie do drzwi kajuty, chociaż wewnątrz się w nim gotowało wręcz z wściekłości na siebie i na Ronję.
- Otwarte! – krzyknęła, odkładając mapy. – O co chodzi? – spytała, patrząc na okładkę.
- Musimy porozmawiać. – odpowiedział Montero, starając się mówić jak zwykle cicho i spokojnie.
- O czym? – Odwróciła się w jego stronę, spokojna jak nigdy.
- O nas. – Zrobił krok do przodu.
- To jest coś takiego jak my? – spytała z krzywym, ironicznym uśmiechem.
- Ale jest nasza córka. – odpowiedział, patrząc na nią bardzo uważnie.
Przez twarz rudowłosej pani kapitan przebiegł spazm bólu, jakby otrzymała cios prosto w serce. Bez słowa podniosła się z krzesła i podeszła do uchylonego okna. Odezwała się dopiero po dłuższej chwili milczenia:
- Czego ty tak właściwie chcesz ode mnie, hrabio? – spytała cicho, a że stała tyłem do niego, to nie widział jej łez. – Chcesz przywoływać demony przeszłości? Dlaczego akurat ja w takim razie? Co ja ci zrobiłam, że to mnie wybrałeś? – Otuliła się mocniej koszulą.
- Zakochałem się w tobie. – szepnął cicho mężczyzn, podchodząc powoli do dziewczyny. – Jednak zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy cię zostawiłem… Moje cierpienie nie może się równać z twoim ani twój ból z moim… Ale chcę wiedzieć, czy mam szansę… Zmieniłem się, życie mnie zmieniło… – Położył dłonie na jej ramionach.
Nie drgnęła pod wpływem jego dotyku.
- Dlaczego dopiero teraz mi to mówisz? Teraz, gdy ja już nie potrafię kochać… – wyszeptała cichutko, a jej głos ledwo przebił się przez szum fal.
- Potrafisz kochać… – Pogłaskał ją po ramionach. – Może nie mnie, ale potrafisz… – Pocałował ją w kark. – Wieczorem już mnie nie zobaczysz. – obiecał, po czym skierował się do wyjścia.
Odwróciła się w jego stronę.
- Zostań… – poprosiła niemal rozpaczliwie, wyciągając do niego dłonie. – Nie zostawiaj mnie samej po raz drugi…
Spojrzał na nią z lekkim zaskoczeniem.
- Chcesz tego? – spytał tylko cicho, robiąc krok w jej stronę.
Pokiwała główką.
- Gdybym wciąż nie wierzyła, że cię spotkam i, że chcę, byś był obok, to czy nosiłabym na szyi to? – spytała, wyciągając zza koszuli łańcuszek, a na nim maleńkie koło sterowe, które otrzymała od niego.
- Nie. – Ujął jej dłoń i ucałował palce, po czym przyklęknął przed nią. – Przepraszam za to, że wtedy tak cię potraktowałem… – szepnął, trzymając głowę nisko opuszczoną. – Uwierz mi, że się zmieniłem… Nie jestem tym samym hulaką, co przedtem… Wybaczysz?
- Ja już ci dawno wybaczyłam… – szepnęła. – I starałam się ciebie zrozumieć i to, dlaczego to zrobiłeś. Ale wciąż nie potrafię… Spróbujmy jeszcze raz… – poprosiła nieśmiało.
- Zrobiłem to, bo byłem głupi. – Oparł swoje czoło o jej brzuszek. – Uważałem, że skoro jestem hrabią, to należy mi się wszystko i to wszystko jest niczym… Ale straciłem wszystko, cały ten głupi majątek, straciłem ciebie i dopiero wtedy zrozumiałem, co jest najważniejsze…
- A co jest? – spytała, głaszcząc go po głowie delikatnie i czując, jak w gardle duszą ją łzy.
- Ludzie, którym kocham. – odpowiedział, nie wstydząc się łez – Moi przyjaciele, których mam co prawda niewielu, ale są… Ty. I nasza córeczka.
Uklęknęła przed nim i przytuliła się mocno, po czym rozpłakała się cicho, czując, że teraz już musi być dobrze, że wszystko musi się ułożyć.
- Ona była taka malutka… Ja jej nawet w ramionach nie trzymałam, bo od razu mi ją odebrano… – Załkała.
- Cii.. – Przytulił ją z całych sił. – Nie płacz, ángel, nie płacz… Odzyskamy ją, zobaczysz… – szeptał, a jej łzy bolały jego serce.
- Nie powinnam była jej sprzedawać… Boże, co ze mnie za matka. – wyszeptała, a głowa znowu ją bolała, jak wtedy, gdy była jeszcze żoną kapitana tego okrętu. – A potem dostałam karę… Zasłużoną…
- Nikt nie zasługuje na krzywdę, kochanie… – Przytulił ją mocniej. – Obiecuję, że już nikt cię nie skrzywdzi, nie pozwolę na to…
- Będziesz już teraz ze mną? Zawsze? – spytała po chwili milczenia, gdy już się uspokoiła.
- Nawet dłużej niż zawsze.. – Wytarł rękawem koszuli jej łzy.
Uśmiechnęła się lekko i pocałowała go czule i delikatnie, przypominając mu tym trochę tamtą Ronję sprzed pięciu lat.
Odwzajemnił jej pocałunek szaleńczo, ale i czule, jak te pięć lat temu.
Gdy się od siebie oderwali, przez chwilę patrzyła mu w oczy, po czym wstała i złapała swój kapelusz.
- Chodź! – Pociągnęła go za rękę i wypadła na pokład, a potem pobiegła na mostek.
- Idę, idę! – Uśmiechnął się lekko, biegnąc za nią.
- Chłopaki!!! – ryknęła, przechylając się przez zdobioną balustradę mostka. – Dwie sprawy mam!!! – Pomachała w powietrzu kapeluszem.
Cała załoga zbiegła się na śródokręcie i popatrzyła na swoją panią kapitan.
- Po pierwsze: dzisiaj wieczorem burda, a co mi tam, najwyżej na jakąś mieliznę się wpierdolimy! – Roześmiała się głośno. – A po drugie… Kto jest za rajdem4 na Srebrną Flotę5? – spytała, uśmiechając się zadziornie.
Na pokładzie zapadła chwilowa cisza. Na Srebrną Flotę od czasów Drake’a6 nikt nie ważył się porwać, a tu… W tym momencie fregatą wstrząsnął dziki wrzask poparcia dla pani kapitan, która założyła sobie kapelusz i uśmiechnęła się zwycięsko.
- Aha i jeszcze jedno… – zaczęła, ale nikt jej nie słuchał. – Zamknąć mordy, jasne???!!! – ryknęła przeraźliwie. – Mamy nowego Pierwszego, bo stary się zapił. – Złapała mocniej Che za dłoń i wypchnęła go do przodu. – Che Montero!
- O Chryste Panie… – mruknął tylko Hiszpan, pokazując się publicznie i zastanawiając się, do czego jeszcze jest zdolna panna Morisette.
A rudowłosa pannica uśmiechała się ciągle, gdy jej załoga podniosła wiwat na cześć nowego Pierwszego.
- To do zobaczenia wieczorem, chłopcy! A teraz won mi żagle poustawiać, musimy się pospieszyć, żeby do Floty dopłynąć! – rozkazała, podpierając się pod boki. – John, jak myślisz, powinnam cię najpierw powiesić czy przeciągnąć pod kilem? – spytała wesoło, odwracając się do stojącego za kołem sterowym kwatermistrza.
- Możesz mnie uściskać i ucałować, że trochę pomogłem przeznaczeniu. – Mężczyzna zachichotał radośnie.
- Ronka, ja się zaczynam ciebie bać. – Che uśmiechnął się lekko, oswajając się z nową sytuacją.
- Mnie? – Odwróciła się do niego z tą swoją rozbrajającą miną małej dziewczynki. – Ja grzeczna jestem. – Zaśmiała się cicho.
- Jak aniołek. – Che złapał ją w pasie i uniósł do góry, po czym pocałował gorąco.
Odwzajemniła jego pocałunek równie namiętnie, czując, jak wybucha w niej ten dawny ogień pożądania i miłości, który czuła przy nim. Wiedziała dobrze, że tę noc spędzą razem, w jej kajucie.
- Tę noc i każdą kolejną… – obiecał Che, jakby czytając w myślach dziewczyny.
Zastanawiał się, jak on mógł żyć te ostatnie pięć lat bez dotyku jej dłoni i smaku jej ust…

Wieczorem
Che lekko zaniepokojony rozglądał się po pokładzie, gdzie zabawa trwała już na całego, piraci byli już w znacznej mierze podpici… Brakowało tylko ich kapitana. Montero bardzo się tym martwił, bo czuł, ze zażyłość łącząca jego i Ronję jest delikatna niczym najcieńsza nić i w każdej chwili może się przerwać. Czyżby ją czymś zraził do siebie albo zmartwił?
Nagle ktoś zasłonił mu oczy dłońmi i poczuł wokół siebie zapach róż.
- I jak pan się bawi, panie pierwszy oficerze? – Rudowłosa zaśmiała się radośnie, bo to dla niego się tak długo szykowała na burdę.
- Ronja, nie strasz mnie. – Che uśmiechnął się nieznacznie – Już się bałem, że cię jakoś uraziłem. – Pogłaskał ją po dłoniach.
- Pesymista. – mruknęła wesoło, obejmując go za szyję. – I jak się bawisz? – spytała, po chwili dopiero wychodząc zza jego pleców i ukazując mu się w całości.
Miała na sobie delikatną, zieloną suknię, z gorsetową górą, która była wyszyta drobnymi perełkami we wzór róż. Włosy spięła szylkretowym grzebykiem i ładnie ułożyła w kok, a do tego miała na nogach pantofelki. I w niczym nie przypominała pani kapitan.
- Jesteś piękna… – szepnął, wpatrzony w nią jak w obrazek. – Najpiękniejsza na całym świecie… – Ucałował jej dłonie i przytulił do niech policzek, klękając przed dziewczyną.
- Przestań… – Zarumieniła się delikatnie, a cała załoga zwróciła na nich uwagę.
- Na wszystkie diabły morskie, to nasza pani kapitan?! – ryknął jeden z marynarzy.
- Wasza, wasza. – Che wstał i objął dziewczynę ramieniem. – I moja. – Pocałował ją w policzek.
- Przede wszystkim twoja. – Przytuliła się do niego i uśmiechnęła szeroko. – A wy co się tak gapicie?! Już mi iść chlać! – ryknęła na oniemiałą załogę.
- Chyba nigdy nie widzieli tak pięknej kobiety. – Hiszpan wtulił policzek we włosy dziewczyny.
- Wcale nie jestem piękna… – Wtuliła się mocniej w jego ramiona, a załoga rozbiegła się. – Zagracie coś?! – krzyknęła do chłopaków, bo paru z nich umiało grać.
- Jesteś piękna. – Che złapał Ronję w pasie i przechylił do tyłu, po czym pocałował gorąco i niezwykle namiętnie.
Odwzajemniła jego pocałunek, zarzucając mu ramiona na szyję. Po chwili, gdy się już od siebie oderwali, załoga zaczęła bić gromkie brawa.
- Chyba stajemy się sensacją wieczoru. – Che uśmiechnął się nieco szerzej niż zwykle.
- Już nią jesteśmy. – Dała mu prztyczka w nos, po czym pobiegła po rum i jedną flaszkę rzuciła mężczyźnie. – Nasze zdrowie! – Zaśmiała się, upijając łyk.
Uśmiechnął się znowu.
- Ja nie piję. – oznajmił, odkładając na bok butelkę.
- To nie, twoja strata! – Pokazała mu język, po czym wmieszała się na chwilę w tłum piratów.
Już po kilku minutach rozległy się dźwięki jakiejś muzyki, a środek pokładu został otoczony kołem przez załogę okrętu. W jego centrum stała panna Morisette, unosząc dół sukienki i wystukując obcasami skomplikowany rytm. Popatrzyła śmiało na Che i zaśmiała się radośnie.
Hiszpan prychnął wesołym śmiechem, po czym sam poszedł na środek pokładu i porwał rudowłosą do tańca.
Objęła go za szyję, tańcząc wraz z nim, a cała załoga przypatrywała się im, oniemiała już doszczętnie i z kretesem. Tak naprawdę nigdy nie widzieli swojej pani kapitan takiej radosnej i szczęśliwej, jak dzisiejszego dnia. I wszyscy cieszyli się z takiego obrotu spraw, bo uwielbiali Ronję i to, jak pomagała im zdobywać bogactwo, tylko chwilowe, ale zawsze.
Che także podziwiał Ronję. Wypiękniała w ciągu tych lat, przybyło jej kilka cali tu i ówdzie i zaokrągliła się w odpowiednich miejscach. Była bardziej kobieca, pociągająca i miała w oczach to doświadczenie kapitana, które tak cenił.
Po tym szalonym tańcu wtuliła się w jego ramiona i uśmiechnęła, gdy zaprowadził ją do ławy. Che też jej się o wiele bardziej podobał. Poznała go, gdy miała piętnaście lat, a on dwadzieścia sześć. Od tego czasu on zmężniał, opalił się i zdobył te blizny, które jednak w niczym nie odejmowały mu uroku. Jego szeroka teraz i opalona pierś była jej niewielką przystanią, bo gdy się do niej tuliła, czuła się najbezpieczniej w świecie.
- Jak ci się podoba mój pomysł zdobycia Srebrnej Floty? – spytała wesoło, zakładając nogę na nogę.
Posadził ją sobie na kolanach.
- To szaleństwo. – zauważył, obejmując ją ramieniem. – A może najpierw… – zaczął nieśmiało.
- Szaleństwem jest całe nasze życie, Che. Nieraz się już o tym przekonałam. – Uśmiechnęła się, obejmując go jednym ramieniem za szyję. – A może najpierw co? – spytała ciekawie.
- Może najpierw popłyniemy po naszą córeczkę? – Zajrzał jej w oczy, nie wiedząc, czy to o co prosi, to nie jest zbyt wiele.
Przez chwilę znowu posmutniała.
- Ale co my jej damy, Che? – szepnęła. – Poza naszą miłością? Jesteśmy piratami, w każdej chwili możemy zawisnąć… Ja ją tak kocham… – wyszeptała, kuląc się na jego kolanach.
Objął ją z całych sił.
- Może i nie jestem hrabią, ale nadal mam rodzinę w Hiszpanii i tutaj, która może nam pomóc. Damy jej naszą miłość, wsparcie, wykształcenie i szczęście… – szeptał jej do uszka.
Pokiwała lekko głową.
- Dobrze… – szepnęła. – Możemy po nią płynąć.
Pogłaskał ją po włosach.
- A wiesz może… – zaczął cicho – Jak ona ma na imię? Jakie ma oczka, nosek…
- Widziałam ją ostatni raz dwa lata temu. – szepnęła. – Wołają na nią Tessie… I ma długie, czarne włoski po tobie i taki sam uśmiech, jak ty. Ale jest taka mała i drobna jak ja i ma oczy po mnie, też takie zielone i mnóstwo piegów.
- Tessie… – szepnął smutno Che. – Moja siostra tak miała na imię… – Objął mocniej Ronję. – Odzyskamy ją, kochanie, obiecuję…
- Musimy… Skoro udało nam się odzyskać siebie… – Uśmiechnęła się delikatnie i pocałowała go.
Odwzajemnił jej pocałunek.
- Uda nam się odzyskać córeczkę. – Przytulił ją mocno.
- Uda, uda… Zwykle są dwa. – Uśmiechnęła się lekko, poprawiając spódnicę.
- A twoje są śliczne! – Zaśmiał się, a chyba nigdy nie słyszała go śmiejącego się.
Przysłuchiwała mu się, po czym zajrzała mu w oczy.
- A ty masz cudowny śmiech. – Uśmiechnęła się promiennie.
- Wcale nie. – Pogłaskał ją jednym palcem po nosku.
- Wcale tak. – Pocałowała go w czubek nosa, po czym rozejrzała się dookoła. – No to mi się załoga schlała. – Zachichotała. – Chodź. – Wstała i wzięła go za rękę.
- Idę, kochanie.. – Objął ją ramieniem i pozwolił się poprowadzić.
Uśmiechnęła się, wchodząc do jej kajuty i zamykając za nimi na klucz drzwi. Następnie odwróciła się tyłem do Che.
- Rozwiążesz mi gorset? – zapytała cicho.
- Z miłą chęcią… – Uśmiechnął się delikatnie, rozwiązując tasiemki od jej ubioru.
Uśmiechnęła się sama do siebie, czując jego dłonie błądzące po tych fragmentach nagiej, nieopalonej skóry, które wyłaniały się spod jej gorsetu.
- Jesteś taka piękna… – szepnął z rozkoszą, dotykając opuszkami palców jej talii.
- Miło to słyszeć… – wyszeptała, ściągając gorset, po czym odwróciła się przodem do niego.
- Mówię tylko to, co widzę. – odpowiedział, zsuwając z niej spódnicę i dotykając lekko jej ciała, ukrytego pod delikatną, przezroczystą haleczką.
Uśmiechnęła się ponownie.
- To dobrze… – odparła, rozpinając jego koszulę.
Wsunął dłonie pod rękawki od jej halki, po czym stanowczym gestem obnażył dziewczynę. Wyjął z jej włosów grzebyk i pozwolił, żeby rude roki rozsypały się po jej śnieżnobiałych ramionach.
Westchnął od serca.
- Jesteś taka cudowna… – szepnął, patrząc na nią z podziwem.
Zarumieniła się i w pierwszym odruchu chciała zasłonić się choć trochę, nieprzyzwyczajona do stania nago przed mężczyzną.
- Naprawdę? – zapytała cichutko.
- Naprawdę, naprawdę. – Pochylił się i zaczął całować delikatnie jej dekolt.
Westchnęła cicho, ściągając mu z ramion koszulę i czując pod palcami mięśnie mężczyzny.
Uśmiechnął się lekko, przesuwając usta na jej pełne piersi i całując delikatnie różowe sutki, jakby chciał jej dać więcej niż mogła marzyć.
Jęknęła cicho, bo miała bardzo wrażliwe na dotyk piersi, i odchyliła głowę do tyłu, błądząc palcami po jego torsie.
Ujął jej sutki w swoje usta i zaczął je delikatnie ssać, patrząc jej cały czas w oczy, a jego oczy błyszczały uwodzicielsko zakryte nieco zbyt długimi, czarnymi włosami.
Jęknęła głośniej, patrząc mu w oczy, a jej zielone tęczówki pociemniały od pożądania.
- Chodź do mnie… – Odsunął się na kilka kroków, rozbierając się przed nią.
Wpatrywała się w niego, jak urzeczona, obserwując grę mięśni pod ciemną, opaloną skórą. Po chwili podeszła do niego i zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała namiętnie.
Odwzajemnił jej pocałunek równie namiętnie, opierając ją plecami o ścianę i delikatnie rozchylając jej uda.
Zarzuciła mu jedną nogę na biodro, wspinając się na palce i wciąż go całując jak szalona.
Przytulił ją mocno do siebie, łapiąc za pośladki i wchodząc w nią powoli, ale jednocześnie tak, że czuła go całą sobą.
Jęknęła przeciągle, czując go w sobie, i poruszyła biodrami, chcąc go poczuć jeszcze intensywniej. Objęła go drugą nogą na wysokości bioder, całując zachłannie jego szyję i szepcząc mu do ucha gardłowym, urywanym przez jęki głosem, jak jej jest z nim dobrze.
Jęknął cicho, bo jej słowa bardzo go podniecały. Odsunął ją delikatnie od siebie i zaczął pieścić jej piersi, jakby wiedział, jakie wrażliwe na dotyk są.
Wygięła się w łuk, wzdychając spazmatycznie, bo tylko on wywoływał w niej tyle podniecenia i rozkoszy. Wplotła palce w jego włosy, poruszając powoli biodrami, jakby się z nim droczyła.
Westchnął od serca, mocniej ssąc jej sutki, póki nie ściemniały i stwardniały. Nawet potem je pieścił, delikatnie trącając koniuszkiem języka.
Nagle wygięła się mocno w łuk, odrzucając włosy do tyłu i jęcząc cichutko w chwili największej rozkoszy, jaką odczuła wcześniej tylko jeden raz w życiu – właśnie przy nim.
Patrzył na nią, tak piękną jak jeszcze nigdy, po czym sam osiągnął spełnienie, jęcząc cicho i wyginając się w łuk z rozkoszy.
Wtuliła się w jego szeroki tors, oddychając szybko i starając się uspokoić bijące gwałtownie serce.
Objął ją z całych sił, po czym wziął na ręce i zaniósł na koję.
Uśmiechnęła się do niego i pogłaskała po rękach.
- Zostaniesz na noc? – spytała cichutko.
- Nigdzie nie odchodzę. – zapewnił, obejmując ją mocno ramieniem. – Nie mam najmniejszego zamiaru gdzieś stąd wychodzić…
- To dobrze… – wyszeptała, tuląc się do niego.
- Śpij, kochanie. – Okrył ją delikatnie kocem.
- Oczywiście. – Wtuliła się plecami w jego tors i zamknęła oczy, zasypiając po raz pierwszy od dawna tak spokojnie i szybko…

1 Buchtowanie – układanie liny w równe, długie zwoje, celem uniknięcia splątania i zapewnienia gotowości użycia.
2 Dek – powierzchnia kadłuba żaglowca zamykająca jego wnętrze od góry, lub w szczególnych przypadkach powierzchnia nadbudówki znajdującej się na jego pokładzie głównym. Cechą charakterystyczną deku jest to, że można po nim chodzić, jest to więc pokład otwarty.
3 Hiszp. hrabianka
4 Rajd – akcja piracka mająca na celu zdobycie pryzu.
5 Srebrna Flota – hiszp. La Plata Flota; flota hiszpańska odpływająca corocznie z Panamy z ładunkiem srebra, złota i klejnotów do Hiszpanii.
6 Sir Francis Drake – hiszp. el Draque; ur. ok. 1540 r. – zm. 28 stycznia 1596 r.; angielski korsarz, w latach 1577-1580 odbył wyprawę dookoła świata.

Rozdział I

7 komentarzy

Tawerna Wielki Dom Toma Benna1 słynęła na cały Port Royal2 ze swojego dobrego rumu i urodziwych dziwek. Pod tym drugim względem była niemal w stanie pobić burdel Scarlet i Giselle. Niemal, bo mimo wszystko u obu burdelmam były lepsze i bardziej komfortowe warunki. Każdy, choć trochę szanujący się pirat3 musiał przynajmniej jedną w życiu zapłatę za swoje rabunki przepić i przehulać u Toma, jak mówiono w skrócie o knajpie. A potem znów ruszał na ocean, po nowe pryzy4, i z rozrzewnieniem wspominał noce spędzone w tym przybytku zła wszelakiego i rozpusty. Tawerna mieściła się tuż przy nabrzeżu portowym, więc pijani w sztok marynarze i bukanierzy5 nie mieli daleko do swych okrętów, mimo że droga ta była kręta i wyboista. Gmach tej instytucji był murowany i otynkowany na szaro tak, że wtapiał się w otaczające go, niemal identyczne, budynki. Jedyne, co go wyróżniało, to drewniany szyld wiszący nad drzwiami, na którym uwieczniono kufel piwa z ogromną pianą, a nad tym wypisano nieco krzywymi literami nazwę karczmy. Ponadto posiadłość ta odróżniała się od innych częstą obecnością, szczególnie w czasie poranków, zapitych do nieprzytomności mężczyzn leżących pod frontową ścianą w błocie i własnych rzygowinach, często ochlapywanych jeszcze większą ilością błota przez przejeżdżających obok konnych żołnierzy Royal Navy bądź kupców lub spieszących gdzieś przechodniów.
Grube, dębowe drzwi prowadziły do wnętrza budowli. Parter stanowiła dość spora, pojedyncza sala, której podłoga była zrobiona z domagających się wymiany i pamiętających zapewne o wiele lepsze czasy dębowych desek. Tym samym materiałem były wyłożone ściany pomieszczenia, w których znajdowały się otwory okienne, wpuszczające do wewnątrz niewiele światła i świeżego powietrza. Jedna ściana izby obwieszona była listami gończymi korsarzy6 i pospolitych złodziejaszków. Stoły i ławy, pozbijane z nieheblowanych, sosnowych bali, były chaotycznie porozstawiane po całym pomieszczeniu pomiędzy słupami podtrzymującymi sufit parteru i podłogę piętra. Wszystkie siedziska i blaty były niedomyte i prawie można się było do nich przykleić, co mało komu przeszkadzało. Za szerokim, również sosnowym, szynkwasem uwijał się zwykle Tom Benn lub któraś z jego pieszczoszek, jak miał w zwyczaju nazywać pracujące dla niego dziewczyny do towarzystwa. Na ścianie za barem również powieszono mnóstwo listów gończych, lecz na tym wyróżnionym miejscu wisieli tylko najbardziej znani przedstawiciele morskich rabusiów: Daniel Montbars7, Jambe de Bois, Francoise Lolonois, Van Horn, Edward Mansvelt8, Henry Morgan9 i, może mniej znana, ale lubiana przez Toma, Ronja Morisette. W głębi izby mieściły się trzeszczące schody, w których brakowało słupków przy balustradzie. Prowadziły one na piętro, którym było coś w rodzaju wąskiego tarasu, z którego kilkanaście drzwi na źle naoliwionych nawiasach prowadziło do pokoi, gdzie można było spędzić upojną noc w ramionach wybranej przez siebie dziwki. Każdy z tych pokoików był umeblowany tak samo: małe, wąskie i cholernie niewygodne drewniane łóżko nakryte cienkim i zapchlonym siennikiem, z cienką, śmierdzącą i zmienianą raz na miesiąc pościelą, maleńki, rozlatujący się stolik i jeszcze bardziej rozsypujące się krzesło. Nie było to bardzo komfortowe, ale w końcu nie przychodziło się tu dla odpoczynku czy komfortu.
Był już wieczór. Słońce zaszło za horyzont w powodzi czerwonego i złotego blasku, zabarwiając morze na kolor krwi. Na redzie10 w porcie sennie kołysały się opustoszałe statki, pozostali na wachcie11 marynarze krążyli co jakiś czas po pokładach, znużeni. Reszta zgromadziła się w przyportowych tawernach i burdelach, chcąc przepić i przehulać ostatnią wypłatę. Wielki Dom Toma Benna przeżywał od zachodu słońca swoje oblężenie. Zgromadziło się w nim mnóstwo piratów, jako że dzisiaj rano do portu przybił znany w Port Royal okręt bukanierski – La Negra Rosa12. Statkiem tym dowodziła, jak rzadko się zdarzało, kobieta. Gdyby wyszło się od Toma i poszło przez keję13 aż na sam jej koniec, ujrzałoby się fregatę14 o ciemnobordowym, niemal czarnym kadłubie z jasnymi literami na sterburcie15 oznajmiającymi światu nazwę jednostki. Na wszystkich rejach16 teraz żagle były pozwijane i trzy maszty – stermaszt17, grotmaszt18 i fokmaszt19 patrząc od rufy20 – świeciły pustkami. Okręt leniwie kołysał się na falach, trzeszcząc cichutko pod ich naporem. Wiatr grał cicho w wantach21 i innych linach. Na statku nie było żywego ducha, bo cała załoga zgromadziła się u Toma, wraz z panią kapitan.
Rudowłosa piękność weszła pewnym krokiem do zadymionej i już zapełnionej sali tawerny. Poprawiła kapelusz z szerokim rondem na głowie, rozglądając się uważnie zmrużonymi, zielonymi oczyma, przypominającymi oczy kotki. Skinęła głową paru znajomym, po czym podeszła do baru. Jej długie, rude włosy, wijące się w delikatne loki, okalały drobną, niemal filigranową buzię. Poza urzekającymi oczyma mieściła ona też na sobie pełne, czerwone usta, chyba tylko stworzone do pocałunków i zgrabny nosek, lekko zadarty i obsypany piegami. Jej smukłe, lecz silne ciało okrywała biała koszula w czerwony wzór, wypuszczona na spodnie koloru czarnego. Do tego miała założone wysokie buty-oficerki, a jej biodra opinał skórzany pas, do którego miała przywieszony rapier22 i dwa, zapewne naładowane, pistolety. Kobieta była dość drobnej postury, jednak po jej twarzy, na której było kilka niewielkich, opalonych blizn, widać było, że włada bronią nie gorzej od niejednego mężczyzny.
Dziewczyna oparła się łokciami o blat i spojrzała na starszego, kompletnie łysego mężczyznę bez kilku zębów, który uwijał się gorączkowo za barem w towarzystwie jasnowłosej dziewczyny.
- Wujku Tomie, dalej masz u siebie ten dobry, hiszpański rum? – spytała po chwili ciepłym i melodyjnym głosem o nieco chropawej barwie.
- Ronja! – Barman odwrócił się do dziewczyny i uścisnął jej dłoń. – Dawno cię tu nie było. – Ucieszył się.
- Pływało się po tym cholernym morzu i kilka pryzów miało. Będziesz miał dzisiaj mały wysyp gości, cała moja załoga się pewnie tu zwali. – Zaśmiała się beztrosko, a jej śmiech był lekko gardłowy i powodował u wielu mężczyzn nieuczesane myśli.
- W takim razie szykuje się duża kwota do zgarnięcia. – Tom Benn zatarł ręce. – A co u ciebie, moja młoda damo? – dopytywał się, podając dziewczynie butelkę rumu.
- Nic. – stwierdziła tylko, obracając się z flaszką plecami do barmana. – Radzę sobie, jak potrafię i wciąż jestem kapitanem. – Uśmiechnęła się trochę jak mała dziewczynka, która jest zadowolona ze swojej psoty.
- To świetnie. – Tom uśmiechnął się swoim szczerbatym uśmiechem. – Twój stolik jest wolny, jak zwykle zresztą. – Wskazał pojedynczy stolik ukryty w cieniu, pod schodami.
- Dzięki. – Skinęła mu głową, po czym przeszła przez całą salę, skupiając na sobie uwagę całego męskiego zgromadzenia.
Usiadła przy stoliku, oparła nogi o drugie krzesło i naciągnęła lekko kapelusz na oczy, jednak wciąż uważnie obserwowała otoczenie.

Trzy godziny później
Panna Ronja, lekko już podpita i z bardzo dobrym humorem, skinęła dłonią na Toma
- Daj jeszcze rumu. – mruknęła, rozglądając się po towarzystwie.
Jej uwagę przykuł pewien mężczyzna, siedzący tak, jak ona w cieniu i trzymający na kolanach gitarę, której strun dotykał co jakiś czas bardzo delikatnie i łagodnie, jak najdroższą kochankę.
Mężczyzna z wyglądu był Hiszpanem, a takich tutaj niewiele się spotykało. Miał śniadą, wysmaganą przez słońce i wiatr skórę, na której czas pozostawił wiele blizn zdobytych zapewne w walce. Czarne, przydługie kosmyki włosów opadały mu na równie czarne oczy, które spoglądały na świat z lekką pogardą, ale i smutkiem, który niejedno kobiece serce chciało ukoić. Lekka bródka i wąs tworzyły z niego niby przeciętnej urody mężczyznę, lecz miał w sobie jakiś urok, który przyciągał damy różnego pokroju.
Przypomniała sobie pewnego Hiszpana, z którym była pięć lat temu związana. Ten facet bardzo go przypominał, ale… Ale to nie mógł być on z prostej przyczyny –tamten był bogatym hrabią, który mógł sobie pozwolić na wszystko i nie musiał się pojawiać w takim miejscu jak Wielki Dom Toma Benna.
Nawet nie zauważyła, że od dłuższego czasu wpatruje się w czarnowłosego tym swoim hipnotyzującym, zamyślonym wzrokiem.
Mężczyzna chyba ją wyczuł, bo uśmiechnął się nieznacznie pod nosem i oderwał wzrok od swojej gitary, patrząc teraz na rudowłosą panią kapitan. Kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały, oboje poczuli coś tak silnego, jak uderzenie pioruna.
Po chwili uśmiechnęła się, po czym wstała i podeszła do niego, a już od dłuższego czasu kilku mężczyzn domagało się jakiejś muzyki i tańców. Pochyliła się tuż przed nieznajomym i uśmiechnęła z wrodzoną pewnością siebie, a nie zauważyła, że rozchylona koszula ukazuje jej biust.
- Zagraj, piękny Cyganie. – rzuciła do niego, okręcając się na pięcie i rzucając na jego stolik swój kapelusz.
- Wszystko, co sobie życzysz, señorita23… – szepnął mężczyzna, grając na gitarze jakąś znaną szantę.
Ta dziewczyna tak bardzo przypominała mu pewną pannę sprzed lat, którą szaleńczo pokochał…
Rudowłosa roześmiała się, wskakując na najdłuższą ławę ze wszystkich i zaśpiewała wesołym, czystym głosem.
- Powiedz, Miła, gdzie Twój dom?
Czy bracia Twoi też tam są?
Czy dasz mi to, co chcesz mi dać,
Gdy tata z mamą pójdą spać?!
– Okręciła się dookoła własnej osi, wybuchając głośnym śmiechem.
Hiszpan roześmiał się pod nosem, jakby bawiło go zachowanie dziewczyny i zaczął głośniej grać, dostosowując instrument do jej głosu.
- Piękny, dumy, niezdobyty,
Wdzięk Irlandki z Belfast City!
Szturm i opór, i raz, dwa, trzy
Do sypialni wciąż zamknięte drzwi!
– Kopnęła z rozmachem szklankę, z której pił jej bosman i pogroziła mu żartobliwie palcem, gdy szkło roztrzaskało się w drobny mak na podłodze. – Chodziłeś za nią cały dzień,
Jak wierny pies w londyńskiej mgle!
Jej nóżki dwie to istny cud!
Lecz strzegą ich irlandzkich ud!

- Najpiękniejsza w całym mieście,
Kiedy nie dla mnie piękniejsza jeszcze,
Zwiewna jak irlandzka mgła,
Irlandzki urok w sobie ma.
– dośpiewał mężczyzna, a miał naprawdę cudowny głos, bardzo głęboki i gardłowy, w którym ledwo wyczuwało się obcy akcent.
Odwróciła się w jego stronę, zaskoczona, niemal tracąc równowagę na blacie. Po chwili uśmiechnęła się i podparła pod boki, przekrzywiając zalotnie głowę i patrząc na niego z wesołymi iskierkami w oczach.
- Niejeden z nią zwiedziłeś bar,
A w każdym barze czekał brat
I taki z tego miałeś zysk,
Że tęgo oberwałeś w pysk!
– odparowała mu, tańcząc, a trzeba przyznać było, że miała i do tańca, i do śpiewu wrodzony talent.
- Barów w porcie ze trzydzieści,
Rano na pokład mnie przynieśli.
Ilu tu braci trzeba mieć,
By honoru jednej siostry strzec?
– zaśpiewał mężczyzna, patrząc uważnie na rudowłosą i chłonąc całym ciałem każdy jej najmniejszy ruch, który go urzekał.
- Złamane serce, zmięty frak
W pobitą gębę wieje wiatr!
Jednego durnia będzie mniej
Gdy zacznie się następny rejs!
24 – Przy słowie dureń wskazała na niego, a cała tawerna wybuchła głośnym śmiechem.
Tańczyła po całym stole, rozbijając co jakiś czas kufle i flaszki, a piraci krzyczeli głośno w proteście.
Mężczyzna uśmiechnął się nieco szerzej, a kiedy piosenka dobiegła końca, odłożył ostrożnie instrument i podszedł do Ronji, bez słowa wyciągając do niej ręce, żeby pomóc zejść ze stołu.
Oparła dłonie o jego ramiona i pozwoliła się chwycić w pasie, patrząc w te czarne, hipnotyzujące oczy.
- Proszę, señorita. – Uśmiechnął się lekko, stawiając ją na podłodze i całując w rękę.
- Muchas gracias, señor25… – odparła, bo tamten Hiszpan nauczył ją trochę swojego języka.
Idąc do stolika nieznajomego, posmutniała. Pamiętała, jak ktoś inny z nią tak śpiewał, tak grał na gitarze i śmiał się…
- Odkryjemy miłość nieznaną
Na szczęśliwy ląd zaniosą mnie pewnego dnia…
– zanuciła pod nosem takim przejmująco smutnym głosem, trzymając dłoń na nakryciu głowy.
- W Twe ramiona łódź Magellana
Serce Twe, busola ma…
26 – wynucił, kładąc dłoń na jej dłoni zupełnie odruchowo, bo miał wrażenie, że czas cofnął się o pięć lat.
Podniosła na niego zaskoczony wzrok, ale dłoni nie cofnęła.
- Że co? – wyszeptała, a jej oczy zrobiły się niemal idealnie okrągłe.
- Nic. – Ucałował jej dłoń znowu. – Znam tę piosenkę, señorita¡Adios!27 – Skłonił się i wyszedł z tawerny, zanim ktokolwiek go powstrzymał
- Adios, desconcidio28… – szepnęła, patrząc za nim, a jej serce ścisnęło się boleśnie.
Z ponurą determinacją wcisnęła na głowę kapelusz i wyszła z tawerny, nie oglądając się na nikogo. Skierowała się prosto na swój statek, gdzie zamknęła się w kapitańskiej kajucie przy blasku księżyca, otworzyła okno i wpatrzyła w morze, zamyślonym wzrokiem, wspominając tamte kilka miesięcy sprzed pięciu lat…

Następnego dnia
Rudowłosa stała oparta o reling i wpatrywała się w zebranych na kei chętnych do przystąpienia do jej załogi. Słońce niemiłosiernie paliło, będąc niemal w zenicie, dlatego miała na sobie zapiętą na dwa guziki środkowe koszulę i swoje charakterystyczne spodnie.
- Kwatermistrz, ty odwalisz tę robotę czy ja? – spytała nagle starszego marynarza, kompletnie siwego z brodą i wąsami.
- Ja, pani kapitan. – Mężczyzna zbiegł z werwą młodzika po trapie i podszedł do sporego tłumku.
Wśród nich znajdował się także nieznajomy z tawerny. Szukał jakiegoś zajęcia, które odpędziłoby jego zmartwienia, a słyszał akurat, że tutaj szukają załogi, a on jak nikt nadawał się do tej roboty.
- Dobra, chłopaki, wszyscy chcecie się załapać, a jest miejsce tylko dla kilku! – rzucił kwatermistrz. – Do załogi Ronji Morisette nie jest przyjmowany byle kto!
- Ronja? – jęknął pod nosem Che.
Więc wczoraj w tawernie to też była ona, to nie był sen… Nie mógł jej stracić znowu, nie chciał i nie potrafił.
- Ja się nadaję. – powiedział twardo, wychodząc przed szereg.
- Tak? Pewny siebie, chłopaczku, jesteś. – powiedział powoli załogant Czarnej Róży. – Co umiesz robić?
- Służyłem na wielu statkach. – odpowiedział wymijająco. – Mogę wymienić jeden z nich, jeśli trzeba. – dodał, wynajdując w myślach jeden z niewielu statków, których sama nazwa wzbudzała szacunek nawet wśród zwykłego pospólstwa.
- Chociażby na? – zapytał mężczyzna, patrząc uważnie na Hiszpana.
- Zorza Polarna, Salvaje Gatta29. – wyrecytował jednym tchem. – Na Kotce byłem pierwszym.
- No, patrz, a nie wyglądasz. – Kwatermistrz uśmiechnął się lekko. – Zwijaj swoje rzeczy i witamy na pokładzie, panie… – Zawiesił na dłuższą chwilę głos.
- Montero. – odparł mężczyzna. – Che Montero. – dodał niechętnie, zbierając swoje rzeczy.
- Che Montero… – powtórzył pod nosem John Ackerman, uśmiechając się lekko, po czym zwrócił się do reszty.

Godzinę po wypłynięciu z portu
Ronja wyszła na pokład, rozejrzeć się wśród nowych twarzy. Poły jej koszuli powiewały na wietrze, gdy szła pewnym i sprężystym krokiem przez pokład na dziób. Tam przechyliła się mocno przez burtę i chwilę patrzyła na horyzont, uśmiechając się do siebie i Losu z niemym wyzwaniem w oczach.
Obok niej akurat przechodził Che. Kwatermistrz pozwolił się mu rozejrzeć i zapoznać ze statkiem, a on skwapliwie skorzystał z tego pozwolenia. Nie uszło też jego uwadze, że po tym, jak przedstawił swoje poprzednie statki, w szczególności Kotkę, był nieco lepiej traktowani niż inni nowi.
Rudowłosa odwróciła się akurat w takim momencie, że spojrzała Hiszpanowi prosto w twarz. Na ulotną chwilę znieruchomiała, po czym złapała go za materiał koszuli na piersi lewą dłonią, a prawą wymierzyła siarczysty policzek.
- Che Montero. – stwierdziła tylko.
- Owszem. – odpowiedział cicho. – I uważam, że należy mi się dużo mocniejszy cios.
- I tu masz rację. – odparła. – Ty cholerna świnio, jak mogłeś mnie zostawić! Głupia, wierzyłam ci, myślałam, że mnie naprawdę kochałeś, sama się zakochałam, a tobie chodziło tylko o pieprzone łóżko!!! – wrzasnęła, nie zważając na spojrzenia załogi.
Mężczyzna podał dziewczynie całą swoją broń, w kompletnym milczeniu.
- Wiem, co ci zrobiłem. – szepnął. – I obiecałem sobie, że jak się spotkamy, to ja będę bezbronny, nie ty. I ty zdecydujesz, co robić..
Przez długą chwilę trzymała jego uzbrojenie w dłoniach, po czym rzuciła mu ją z hukiem pod nogi.
- Ty nic nie wiesz, co mi zrobiłeś… – szepnęła, kręcąc głową. – Gdybyś tylko wiedział, jak cię nienawidzę… – wyszeptała zduszonym przez łzy głosem. – Nigdy byś się tu nie pojawił… – Odwróciła się na pięcie i pędem pobiegła do swojej kajuty, gdzie z płaczem rzuciła się na koję.
Jej gwałtowny szloch, pomiędzy którym wyrzucała sobie to, że jednocześnie nienawidzi i czuje coś zupełnie innego do Hiszpana, słychać było przy sterze i w promieniu kilku kroków od jej kabiny.
- Ronja… – Che wbiegł do kajuty rudowłosej i uklęknął obok niej, obejmując ją delikatnie ramieniem. – Nie płacz… Proszę, nie płacz, ja odejdę, jeśli ci źle…
- Zostaw mnie… – wyłkała. – Ty nie wiesz, jak to wszystko boli! Ty cholerny, zakłamany hrabio!!! – wrzasnęła, siadając na koi i patrząc na niego przez łzy.
Montero wstał bez słowa na nogi i skłonił się przed swoją panią kapitan.
- Nie wiem, jak to ciebie boli.. – szepnął. – Ale wiem, że gdybym mógł cofnąć czas, nigdy bym nie uciekł, tylko zabrał cię do Hiszpanii i wziął za żonę..
- Nie wiesz, co się potem stało… – wyszeptała, patrząc w bok. – I jak cierpiałam…
Zajrzał jej uważnie w oczka.
- To mi powiedz… – poprosił cichutko. – Powiedz mi, albo mnie przeciągnij pod kilem30
Pokręciła głową i zwinęła się na koi.
- Idź już stąd, Che… – szepnęła, ale nie brzmiało to jak rozkaz, bardziej jak prośba, niemal błaganie.
- Mam odejść na zawsze? – spytał tylko, okrywając ją cienkim kocem.
- Nie… – powiedziała, układając się pod ścianą. – Zostań… Kiedyś ci wszystko opowiem i zrozumiesz…
- Dobrze, pani kapitan. – Skłonił się z szacunkiem i wyszedł z jej kajuty.
Patrzyła za nim na drzwi, a po jej policzkach znowu popłynęły drobne, srebrne łzy. Dłoń zacisnęła na małym kole sterowym ze złota, które dostała od niego, gdy byli ze sobą te parę miesięcy…

1Wielki Dom Toma Benna – historyczna, najsłynniejsza tawerna w Port Royal.
2 Port Royal – nieistniejące już miasto na wschodnich wybrzeżach Jamajki. Port Royal był stolicą Jamajki w latach 1655-1692, ustępując miastu Spanish Town, a później obecnej siedzibie rządu Jamajki Kingston. W XVII wieku był jednym z głównych portów na Karaibach i miał złą sławę jako główna siedziba piratów oraz kryjówka zbrodniarzy, paserów i złodziei. Historia miasta kończy się 7 czerwca 1692 roku, kiedy to podczas trzęsienia ziemi, cała część wybrzeża, na której była umiejscowiona stolica Jamajki, osunęła się do Morza Karaibskiego, zabierając ze sobą prawie wszystkich obywateli miasta.
3 Pirat – termin najbardziej ogólny, obejmujący po części każdy rodzaj rabunku na morzu. Cechą charakterystyczną piratów było atakowanie statków oraz nadbrzeżnych miast wszystkich państw, bez względu na religie czy system rządów państwa. Robiono to jedynie dla zysku.
4 Pryz – zdobycz wojenna; morska zdobycz wojenna, łup wojenny, stanowiący mienie (statek i ładunek) należące do przeciwnika lub kontrabandę przewożoną przez statki neutralne. Skonfiskowane nieprzyjacielowi mienie nie będące własnością państwową, podlega po wojnie zwrotowi, lub właściciel otrzymuje odszkodowanie. W przypadku kontrabandy, zgodnie z międzynarodowym prawem wojny morskiej, wiozący ją statek odprowadzany jest do najbliższego portu państwa zajmującego, a trybunał wojenny orzeka czy dany ładunek ulega konfiskacie. W razie gdy kontrabanda stanowi ponad połowę ładunku, konfiskacie podlega również wiozący ją statek. Konwencja haska z 1907 r. zabrania konfiskowania jako pryz poczty oraz rybackich statków przybrzeżnych, a także jednostek organizacji naukowych i charytatywnych.
5 Bukanier – nazwa pochodzi od francuskiego słowa boucan, które oznacza barbecue, ponieważ często widziano tych piratów przyrządzających mięso na grillu. Nauczyli się tej umiejętności od Indian Arawak. Termin obejmował angielskich, holenderskich oraz francuskich żeglarzy wynajętych przez ich rządy do walki z siłami Hiszpanii, ale początkowo szeregi bukanierów zasilali uciekinierzy z Meksyku – żołnierze, drwale, służący. Centrum bukanierów mieściło się na wyspie Tortuga, potem na Jamajce. W 1671 roku bukanierzy przejęli Panamę. Ostatecznie termin określał piratów operujących w Zachodnich Indiach.
6 Korsarz – generalnie termin określa piratów działających na obszarze Morza Śródziemnego. Najbardziej znaczący korsarze pochodzili z północnych wybrzeży Afryki, tzw. wybrzeża Barbary. Korsarze ci posiadali autoryzowane pozwolenia rządu na atakowanie statków chrześcijańskich państw. Korsarze z Malty początkowo walczyli w imię religii, ale atrakcyjne łupy szybko odsunęły kwestie wiary na dalszy plan.
7 Daniel Montbars – 1645-1707; znany lepiej jako Montbars de Exterminator (Montbars Niszczyciel), był siedemnastowiecznym francuskim bukanierem. Przez kilka lat był znany jako jeden z najbardziej brutalnych bukanierów aktywnych przeciwko Hiszpanii w połowie XVII wieku.
8 Edward Mansvelt lub Mansfield – 1659-1666; XVII-wieczny holenderski pirat i bukanier, który był znany jako przywódca tzw. Braci Wybrzeża. Był pierwszym, który zorganizował na wielką skalę walki przeciw Hiszpanom, używając taktyki, którą potem stosowali inni bukanierzy z Tortugi i Port Royal przeciwko Hiszpanom. Jest uznawany za jednego z pierwszych bukanierów, a po swojej śmierci był wspominany przez swojego protegowanego i wiceadmirała, Henry’ego Morgana.
9 Henry Morgan – 1635-1688; walijski bukanier, w służbie Karola II, zwany Królem Bukanierów. Służył początkowo w angielskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej. Po wykupieniu się przybył do Port Royal i pnąc się po stopniach kariery został przywódcą bractwa. Zdobywał i łupił poszczególne miasta kubańskie, a w 1671 przewodził największej wyprawie bukanierów w dziejach, gdy dowodząc eskadrą 28 okrętów i ponad 1800 ludźmi zdobył Panamę. Wkrótce jednak z większością łupów porzucił bukanierów i czekał na wezwanie do Londynu przez króla Karola II. Początkowo by załagodzić spór z Hiszpanią został przez Anglików wtrącony do lochu, wkrótce jednak otrzymał tytuł szlachecki i jako wicegubernator powrócił na Jamajkę. Od tej pory zaciekle zwalczał bukanierów aż do swojej naturalnej śmierci w 1688. Został pochowany w Port Royal, lecz jego grób pochłonęło morze podczas słynnego trzęsienia ziemi w 1692.
10 Reda, przedmorze – obszar znajdujący się przed wejściem do portu morskiego, z wyznaczonymi torami wodnymi oraz płytkim i odpowiednim rodzajem dna umożliwiającym zakotwiczenie statków oczekujących na wejście do portu.
11 Wachta – część załogi statku, pełniąca służbę w określonym czasie (zazwyczaj 4 godzin). Również jest to czas pełnienia służby (czterogodzinnej).
12 Hiszp. Czarna Róża
13 Keja, nabrzeże – umocniony kamieniem fragment brzegu rzecznego lub linii brzegowej w porcie morskim, do którego mogły przybijać statki oraz dokonywać przeładunku towarów i zaopatrzenia.
14 Fregata, pełnorejowiec – żaglowiec przynajmniej trzymasztowy (czasami cztero-, a nawet pięciomasztowy) niosący na wszystkich masztach ożaglowanie rejowe. Na ostatnim maszcie poza żaglami rejowymi jest też żagiel gaflowy. Fregaty należą do największych żaglowców świata, a nosić mogą do sześciu pięter żagli (rzadko nawet siedem).
15 Sterburta – prawa burta.
16 Reja – na żaglowcu jest to poziome drzewce przytwierdzone do masztu w połowie jej długości, do której przymocowany jest górny lik prostokątnego żagla rejowego. Reję można obracać (brasować) o pewien kąt wokół masztu w celu ustawienia żagla do wiatru pod odpowiednim kątem. Żagle rejowe sprząta się gejtawami, a następnie gordingami. W ożaglowaniu rejowym reje stanowią kolejne piętra żagli, przy czym na większych jednostkach może się zdarzyć, że najniższa reja ostatniego masztu jest pozbawiona własnego żagla, a służy jedynie do rozpinania dolnych rogów żagla piętra drugiego.
17 Stermszt, krojcmaszt – ostatni maszt na żaglowcach minimum trzymasztowych, pod warunkiem, że znajduje się na nim ożaglowanie rejowe. Ożaglowanie to może zajmować cały maszt lub tylko wyższe piętra żagli, współdzieląc lub oddając niższe piętra ożaglowaniu skośnemu. Stermaszt występuje wyłącznie na żaglowcach typu fregata.
18 Grotmaszt – główny maszt na każdym statku wodnym o napędzie żaglowym. Jest nim maszt – jedyny, najwyższy, lub z innych powodów najważniejszy. Na żaglowcach trzymasztowych – maszt środkowy.
19 Fokmaszt – pierwszy maszt od strony dziobu znajdujący się na większości jednostek pływających o napędzie żaglowym, posiadających co najmniej dwa maszty.
20 Rufa – ogólne pojęcie całości tylnej części jednostki pływającej, zarówno w jej części nawodnej, jak i podwodnej. Rufa może być zakończona prostopadle względem lustra wody, pochylać się do przodu jednostki, lub wystawać do tyłu, tworząc tym samym nawis rufowy.
21 Wanty – liny należące do olinowania stałego, stabilizujące maszt w pionie w płaszczyźnie zbliżonej do płaszczyzny poprzecznej względem płaszczyzny symetrii statku. Spinają górną część masztu z burtą. Wanty występują symetrycznie parami na obu burtach, a na większych jachtach i żaglowcach jest ich zwykle kilka par w niedalekiej odległości od siebie na burcie. Ponadto z jednego miejsca na burcie wychodzi zwykle kilka want dochodzących do masztu na różnych wysokościach.
22 Rapier – broń biała o długiej, prostej i obusiecznej klindze, dłuższa od szabli.
23 Hiszp. panna
24 Przyjaciele i Znajomi Królika – Irlandka (z drobnymi przeróbkami autorki).
25 Hiszp. dziękuję bardzo, panie
26 Alicja Majewska – Odkryjemy miłość nieznaną (oba dwuwiersze)
27 Hiszp. żegnaj
28 Hiszp. żegnaj, nieznajomy
29 Kwatermistrz – rodzaj zajęcia lub zawodu związanego z kierowaniem zabezpieczenia materiałowego lub zarządzaniem sprawami gospodarczo-administracyjnymi w wojsku lub jednostkach o organizacji paramilitarnej jak Straż Pożarna, skauting czy harcerstwo.
30 Hiszp. Dzika Kotka
31 Przeciąganie pod kilem – jedna z najokrutniejszych kar stosowanych na dawnych żaglowcach. Polegała na skrępowaniu kończyn skazanego, a następnie na przeciągnięciu go za pomocą liny z burty na burtę, ale pod dnem (kilem) statku. Odmianą tej kary było przeciąganie od dziobu do rufy, także pod dnem statku, zazwyczaj równoznaczne z karą śmierci. Delikwent poddany tej karze najczęściej ginął w jej trakcie z powodu utonięcia. Ciało skazańca było pocięte od ocierania o ostre krawędzie muszli skorupiaków, pokrywających podwodną część kadłuba. Na ogół była to kara zwyczajowa, wykonanie której zarządzał kapitan. Ponoć była często stosowana wśród piratów. Kara ta była legalnie usankcjonowana w Marynarce Wojennej Holandii (pierwsza wzmianka w 1560, zabroniona w 1853). Za zgodą lekarza okrętowego przeciąganie pod kilem można było powtórzyć nawet kilkakrotnie. Marynarki Wojenne Wielkiej Brytanii i Francji stosowały tę karę odpowiednio do 1720 i 1750 roku.


No cóż, z dużym opóźnieniem, ale wróciłam. Witam z powrotem na burzliwych wodach Indii Zachodnich, gdzie to będzie dużo rozbojów, pijatyk i… miłości. Tak, tak, moi drodzy, mili czytelnicy. To, co będę tu opisywać, to po prostu życie i jego pogmatwane koleje. Zapraszam do lektury i oczekuję na wiele komentarzy – nie tylko tych pozytywnych. Ahoj i niech prowadzą was dobre wiatry!

Złoty wiek piractwa, obejmujący okres od lat pięćdziesiątych XVII wieku do około 1725 roku, gdy zakończył się dość gwałtownie, był w pełni, gdy działa się ta historia. Na morzach królowali Calico Jack, Anne Bonny, Mary Read i inni rabusie morza. Liczebność piratów wynosiła do dwóch tysięcy ludzi. Ich statki pojawiały się wszędzie tam, gdzie można było coś złupić, zniszczyć, skraść. Nikt nie mógł być pewien swego, bo piraci mogli pojawić się o każdej porze dnia i nocy. Marynarki handlowe Korony i jej kolonii pływały otoczone okrętami wojennymi, które mogły jako jedyne pokonać statek piracki. Złodzieje morscy atakowali każdego, kto wart był zachodu – a każdy był wart, byleby wyglądał na słaby, lecz bogaty. Kompania Wschodnioindyjska wystawiała drogie floty, aby piraci nie zrujnowali jej handlu, który znacznie podupadł w tym czasie. Wymiana towarów z Indii Zachodnich z brytyjskimi była bardzo utrudniana właśnie przez tych ludzi. Wbrew powszechnemu mniemaniu, piraci nie byli jednolitą grupą. Kaprzy, bukanierzy i korsarze, to trzy najważniejsze grupy tej rozległej rodziny. Na przestrzeni trzech ćwierci wieku łupili oni okręty. Wielu z nich podszywało się pod bandery Jego Królewskiej Mości, francuskie czy też holenderskie aby bliżej podejść do upatrzonej ofiary.
Historia ta działa się w roku 1672, gdy Koronę Brytyjską na swej głowie z dumą nosił Karol II Stuart. W tym samym czasie w Hiszpanii, Królestwie, gdzie Słońce nigdy nie zachodziło, władał Karol II Habsburg.
Oczywiście, historia wspomina wielu znanych piratów, ale w tym tłumie mężczyzn są tylko dwie kobiety, o których mówi głośno historia – Anne Bonny alias Boney i Mary Read. Lecz nie ich pełne przygód życie będzie tematem tej historii, bo Bóg raczy wiedzieć, co tak naprawdę działo się na Karaibskim Morzu w omawianym czasie i ile pełnych w przygody żyć otoczyły mgły zapomnienia.

Było południe. Słońce grzało w najlepsze, gdy Ronja szła przez pokład, ubrana w kolorową spódnicę i białą koszulę, trzymając w dłoniach materiały opatrunkowe dla Che. John, który stał w towarzystwie Harry’ego i Larsa przy relingu, westchnął z zazdrością.
- Też bym chciał mieć taką opiekę… – mruknął.
- Nie każdy sypiał z Ronką, gdy miała trzynaście lat, pamiętaj. – odparował Tilly, uśmiechając się lekko i myśląc, że jego opiekunka mogłaby mieć piękne, szafirowe oczy…
- To się leczyć powinno! – pisnął Harry, łapiąc się za łysą łepetynę.
- A temu jedno w głowie… – Westchnął Lars.
- Tak jak tobie, gdy myślisz o tej czarnulce. – prychnął Mayson, szczerząc się radośnie.
- To ten Cygan sypiał też z czarnulką?! – ryknął łysy marynarz.
- Że co?! – Pierwszy odwrócił się na pięcie.
- No… – wymamrotał Harry. – Ja o niczym nie wiem! – zastrzegł się błyskawicznie.
Tilly machnął ręką.
- Pieprzycie albo od rzeczy, albo głupoty, co na jedno wychodzi, a teraz zmiatajcie do swoich zajęć. – mruknął tylko.

Ronka, którą te wrzaski niewiele obchodziły, zapukała lekko do drzwi kapitańskiej i wsunęła się do środka. Bandaże położyła na stole i podeszła do okna, które lekko uchyliła. Promienie słoneczne padły na jej sylwetkę, co sprawiało wrażenie, że dziewczynie wokół głowy płonie dziwna łuna. Odwróciła się w stronę Hiszpana i uśmiechnęła delikatnie.
- Jak się czujesz? – zapytała troskliwie.
Che uśmiechnął się nieznacznie.
- Już lepiej. – zapewnił, a w jego oczach powoli pojawiał się dawny blask. – A ty?
Uśmiechnęła się szerzej.
-Całkiem dobrze. – Wzięła miskę z wodą i bandaże, i przysiadła obok niego. – Muszę zmienić ci opatrunki, ale postaram się, żeby nie bolało. – Posłała mu roześmiane spojrzenie.
Uśmiechnął się szeroko, widząc jej roześmianą buzię.
- Ángel, twoje ręce mi krzywdy na pewno nie zrobią…
Zaśmiała się radośnie.
- Miejmy nadzieję. – stwierdziła, ostrożnie i nadzwyczaj delikatnie odwiązując bandaż z torsu mężczyzny.
- Uśmiechasz się… – zauważył, zadowolony z tego.
- To chyba dobrze, prawda? – Popatrzyła na niego, pochylając się.
Z trudem oderwał wzrok od jej mocno rozpiętej koszuli.
- Wspaniale. – Spojrzał w jej oczy.
- Wiesz, chyba w końcu jestem szczęśliwa… – szepnęła cicho, odgarniając włosy z twarzy i wracając do bandaża.
Na twarzy Cygana pojawił się wymuszony uśmiech.
- To wspaniale, Ronuś.
Zerknęła na niego kątem oka i wyraźnie posmutniała.
- Przepraszam… Nie powinnam była tego mówić. – Pogładziła go lekko po dłoni.
- Nie mów tak. – Ścisnął jej palce. – Cieszę się twoim szczęściem…
- Przecież widziałam, że… – urwała. – Nieważne. – dodała, ale nadal trzymała go za rękę.
- Że co? – Spojrzeniem próbował zmusić ją do odpowiedzi.
- Że ciebie to zabolało. – wyszeptała, po czym pogładziła go wierzchem dłoni po policzku.
Uśmiechnął się do niego złoty pierścionek z zielonym oczkiem. Pierścionek zaręczynowy, który zdobił dłoń dziewczyny.
- Wcale nie. – zapewnił, przywdziewając swoją maskę chłodu i obojętności, do której był tak przyzwyczajony cały świat.
Popatrzyła na niego, znów smutna, i wróciła do zmiany opatrunku. Jednak jej spokojna radość i beztroska znikły. Teraz w oczach panny Morisette ponownie pojawiły się łzy, a dłonie zaczęły jej drżeć. Gdy syknął z bólu, zatrzymała się w pół ruchu.
- Przepraszam. – szepnęła.
Nawet nie drgnął.
- To ja przepraszam… – szepnął, wściekły sam na siebie, że wyładowuje na niej swoje emocje.
Przecież to nie jej wina, że była szczęśliwa z tym mężczyzną, a nie z nim…
Dokończyła bandażowanie jego ran, coraz bardziej roztrzęsiona. W końcu nie wytrzymała i popatrzyła na niego pełnymi łez oczyma.
- Nie udawaj przede mną… – powiedziała cichutko. – Nie udawaj, że nic nie czujesz…
Widząc jej łzy, poczuł się jak ostatni drań.
- Nie będę już udawał… – obiecał. – Tylko nie płacz… Masz być szczęśliwa… Chcę widzieć cię szczęśliwą… – Uśmiechnął się lekko.
Usiadła obok niego, po czym zsunęła z palca pierścionek i schowała go do kieszonki w koszuli.
- Nie będziesz go widział… – Wpatrywała się w swoje dłonie, spoczywające na kolanach. – Che… Przepraszam, że… Że ja ci narobiłam nadziei, a teraz… Jesteś mi bliski, jak brat, ale… – Rozpłakała się cichutko.
- Cicho, kochanie… – Pogładził ją po rudych lokach. – Chcę widzieć ten pierścionek, chcę widzieć, jaka jesteś szczęśliwa z tamtym człowiekiem…
- Na pewno? – spytała, sięgając do kieszonki. – Nie chcę, żeby ciebie to bolało…
- Nie zaboli. – zapewnił, głaszcząc ją po głowie, jak tamtą, małą dziewczynkę.
Uśmiechnęła się do niego przez łzy, zakładając pierścionek.
- Nie wiem, co się ostatnio ze mną dzieje. – szepnęła, podkurczając kolana pod brodę.
- Boisz się… – szepnął po chwili zastanowienia.
- Chyba… Tego, że gdy znów zacznie być dobrze, że gdy przywiążę się do Jamesa i będę szczęśliwa… Że wtedy wszystko się znowu rozsypie. – Westchnęła cichutko.
- A chcesz być z nim szczęśliwa? Chcesz spróbować być szczęśliwa? – zapytał, obejmując ją delikatnie.
- Chcę… – szepnęła, kuląc się w jego ramionach. – Chcę poczuć się w końcu bezpiecznie… Przy boku mężczyzny, którego będę kochać i to ze wzajemnością… Który nie będzie myślał tylko o tym, żeby pójść ze mną do łóżka…
- A on taki jest? – zapytał szeptem.
- Wiem, że jestem przy nim bezpieczna… Wiem, że mnie kocha… Ale nie jestem do końca pewna, co ja do niego czuję. Może to dla mnie za szybko? – szepnęła, a po jej policzku popłynęła pojedyncza łza. – No i to łóżko… Wczoraj, jak rozmawialiśmy po tym, gdy wybiegłam od ciebie, to… Zaczął mnie całować w szyję, a gdy go poprosiłam, żeby przestał, to nic to nie dało. – wyszeptała.
Przytulił ją mocniej i przymknął oczy. Przypomniał sobie, co się stało z Kate… Co oni jej zrobili… Gdyby ktokolwiek skrzywdził tak Ronję… Zabiłby go… Bez najmniejszego wahania.
- Czy… czujesz, że on mógłby ci zrobić krzywdę? – zapytał, starannie dobierając słowa.
Oparła główkę na jego ramieniu.
- Nie… Chociaż… Trochę boję się, że mógłby… Gdybym nie chciała… – urwała, zamykając oczy.
Pocałował ją w czubek głowy.
- Jesteś tego pewna?
Pokiwała lekko łepetynką.
- On chyba by wtedy wziął siłą… – wyszeptała bardzo, bardzo cicho.
- Nie dam cię skrzywdzić. – zapewnił równie cicho. – Nie pozwolę, aby ktokolwiek zrobił ci taką krzywdę… Nie chcę znów kogoś zawieść…
- Che… – Odnalazła jego dłoń i ścisnęła ją w swojej. – Ja… Ja się czuję tak naprawdę bezpieczna tylko przy tobie… Tak było zawsze… – Nie była w stanie spojrzeć mu w oczy.
Nie chciał znów czegoś psuć. Nie chciał, aby było jak wczoraj, w końcu przyjęła oświadczyny tamtego człowieka…
- Będę obok, gdy będziesz mnie potrzebowała. – zapewnił, wyplątując dłoń z jej uścisku i głaszcząc ją po ramieniu.
Zamknęła oczy i próbowała uspokoić ten szum w głowie spowodowany natłokiem myśli. Wszystko się tak strasznie komplikowało, a ona nie potrafiła sobie sama z tym poradzić… Milczała, bezsilna wobec tego wszystkiego.
- Dziękuję, że mi zmieniłaś opatrunek. – Uśmiechnął się lekko i pocałował ją w skroń.
- Każdy by to zrobił na moim miejscu. – Uniosła głowę tak, że bez trudu mógł ją pocałować.
- Nie każdy… – Ponownie uśmiechnął się lekko i całą siłą woli odsunął się.
Nagle uprzytomniła sobie ważną rzecz.
Chciała, by ten Hiszpan ją pocałował. Jakąś tam częścią podświadomości pragnęła dotyku jego ust na swoim ciele… I jego dłoni…
Odepchnęła te myśli i gwałtownie zerwała się na równe nogi, po czym zaczęła krążyć po kajucie.
- Ronja? – Che spojrzał z zaskoczeniem na dziewczynę.
- Nie wiem, co się ze mną dzieje… – Zatrzymała się w miejscu i wbiła w niego uporczywe spojrzenie. – Chciałabym, żeby to, co się stało wczoraj… Żeby to się powtórzyło, a żeby nawet zaszło dalej. – Osunęła się bezwładnie na krzesło. – Wariuję już…
Spojrzał na nią, a potem zajrzał we własne serce. I zrobił coś, o co się w życiu nie podejrzewał i co go kosztowało mnóstwo sił.
- Wyjdź stąd… Dla własnego dobra.
- Ty też o tym myślisz. – Wpatrywała się w niego. – I też tego chcesz. Dlaczego mnie odpychasz? – zapytała nagle.
- Dla twojego dobra. – powtórzył.
Podniosła się i podeszła do koi, po czym popatrzyła na niego z góry.
- Skąd wiesz, co jest dla mnie dobre? – spytała z pozoru spokojnym tonem. – Skąd wiesz, czy to nie byłby dobry wybór?
- Bo wiem. – powiedział w podobnym tonie jak poprzednio.
- Właśnie, że nie wiesz. – Dźgnęła go palcem w ramię. – Boisz się tego, co do mnie czujesz. Boisz się i dlatego uciekasz, tak jak wtedy, gdy miałam trzynaście lat.
Nagle wyciągnął rękę, otoczył dłonią jej szyję i przyciągnął dziewczynę do siebie. Pocałował ją namiętnie, gorąco, niemal szaleńczo, jakby chciał jej powiedzieć, co naprawdę czuje i co wie.
Odwzajemniła pieszczotę, siadając na koi. Całowała go niemal brutalnie, chcąc zapomnieć o lęku przed jutrem, o tym, że jest zaręczona, o tym, że się gubi w świecie własnych uczuć. Przylgnęła do niego, wplatając palce w jego włosy.
Całował ją tak, jak nigdy nikogo na świecie. Przesunął dłonią po jej szyi, po dekolcie, docierając do pierwszego guzika. Z trudem oderwał się od ust dziewczyny.
- Idź… Idź, zanim zrobimy coś, czego nie będziemy żałować, ale co zniszczy twoją przyszłość… – szepnął, patrząc jej prosto w zielone oczy.
Odwzajemniła spojrzenie, po czym skinęła głową i bez słowa wyszła z pomieszczenia. Jak w malignie dotarła do kajuty, gdzie mieszkała z Jamesem. Wciąż czuła dłonie Hiszpana na swoim ciele, jego usta…
Zamknęła oczy i załkała cichutko, czując, jak jej piękny, poukładany świat rozpada się znów w gruzy…
Che położył się na koi i niewidzącym spojrzeniem wpatrywał się w jakiś punkt, gdzieś w kajucie. Wszystko zniszczył… Chciał się nią opiekować, chciał budzić się każdego ranka obok niej po upojnej nocy…

Dziewczyna przez kolejne dwa dni omijała szerokim łukiem kapitańską kajutę i chodziła dziwnie przygaszona. Załoga zachodziła w głowy, co się z panną Morisette dzieje, ale ta nie była skora do zwierzeń. Nawet Sawyerowi nic nie powiedziała, chociaż był dla niej przez te dni bardzo miły i troskliwy.
Aż w końcu nadszedł kres spokoju…

Ronja weszła do kajuty, gdzie mieszkała wraz z Jamesem na czas, gdy Che leżał i dochodził do siebie w kapitańskiej. Sawyer stał akurat odwrócony do niej plecami, zamyślony, więc cichutko podeszła do niego i objęła w pasie.
- Kochanie… – zaczęła spokojnym głosem.
- Tak, księżniczko? – Pogłaskał ją po drobnej dłoni, uśmiechając się lekko sam do siebie.
- Możemy porozmawiać? – zaryzykowała pytanie, zastanawiając się, czy dobrze zaczyna.
- Stało się coś? – Zaniepokoił się i odwrócił przodem do niej, po czym zajrzał w jej zielone tęczówki.
- Nie, tylko… – Odsunęła się od niego i podeszła do niewielkiego okienka w ścianie. – Chciałabym, żebyśmy zmienili kurs.
- Dlaczego? – Obj€ął ją ramieniem w talii i pogłaskał lekko po ramieniu. – Źle się czujesz?
- Ja? Nie, ja nie, ale wolałabym, żeby Che wyzdrowiał na morzu. – Podniosła wzrok na narzeczonego.
- Że co? – zdziwił się, a na jego czole pojawiła pozioma zmarszczka.
- Bo… Boję się, że w Hawanie może się ktoś do niego doczepić, a zdrowy łatwiej ucieknie w razie czego… – Podeszła do stołu i rozłożyła na niej mapę Indii Zachodnich. – Zobacz, opłyniemy Bahamy od strony oceanu i na wysokości Wielkiej Bahamy wpłyniemy w Cieśninę Florydzką, a stamtąd już prosto do Hawany. – pokazała mu trasę.
- Ronja… – zaczął James, ale mu przerwała.
- Zapasy możemy uzupełnić w San Salvador albo na Eleutherze. – dokończyła i popatrzyła na blondyna. – Ja wiem, że robimy niepotrzebne koło, ale tak będzie bezpieczniej dla…
- Dla twojego kochanka. – stwierdził Sawyer.
- Co? – Wpatrywała się w niego, jakby nie rozumiała, co powiedział. – Jakiego kochanka? – wymamrotała.
- Tego całego Cygana. – Mężczyzna machnął ręką w niezidentyfikowanym geście. – Myślisz, że nie domyślam się, co wy tam wyprawiacie? – Skrzywił się niechętnie.
- To nie jest mój kochanek! – krzyknęła, prostując się gwałtownie. – To tylko przyjaciel, czy ty tego zrozumieć nie możesz?! – Podparła się pod boki dłońmi zwiniętymi w pięści.
- To niby dlaczego ciągle u niego przesiadujesz, a ja słyszę tylko jakieś śmiechy?! – James nieświadomie podniósł głos, chociaż prawie nigdy tego nie robił w stosunku do kobiet.
- Bo go nie widziałam od przeszło dziewięciu lat! Chyba miałam się prawo stęsknić za człowiekiem, którego traktowałam jak brata?! – Popatrzyła na niego, rozzłoszczona. – A może tobie są obce takie uczucia?!
- Ronja, nie przesadzaj… – warknął Sawyer, podchodząc o krok bliżej, a oczy mu pociemniały.
- To ty przesadzasz! Nie potrafisz zrozumieć, że mnie i Che łączą tylko przyjacielskie więzy! – Skrzyżowała ramiona na piersi.
- Bo widzę, jak on na ciebie patrzy, a ty na niego!!! – ryknął blondyn, któremu puściły nerwy.
- Nie podnoś na mnie głosu, do kurwy nędzy! – krzyknęła ruda, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Szukasz ciągle dziury w całym, bo nie potrafisz mnie pokochać taką, jaka jestem! I chcesz tylko jednego! – wrzasnęła.
- Ja?! To ty zachowujesz się jak egoistka, dbasz tylko o twój i tego Cygana interes, a ja cię w ogóle nie obchodzę!!! – krzyknął tak, że dziewczyna aż się cofnęła o krok do tyłu.
- Ty nie potrafisz żyć w kimś w związku… – szepnęła łamiącym się głosem, po czym odwróciła się i wybiegła z płaczem z kajuty.
Pierwszym miejscem, gdzie skierowała swoje kroki, była kapitańska. Wpadła do niej jak burza, po czym potknęła się na progu i wyrżnęła jak długa na ziemię, szlochając gwałtownie.
- Ronja?! – Che natychmiast dopadł do dziewczyny i pomógł jej wstać. – Co się stało?
Przytuliła się do niego, ukrywając twarz w dłoniach.
- Znowu się pokłóciliśmy… – Wychlipała.
- No te llores…1 – poprosił ją, głaszcząc po rudej łepetynce.
- Poszłam do niego, poprosić o zmianę kursu, żebyś wydobrzał. A on zaczął krzyczeć, że nim to się w ogóle nie interesuję, że jestem egoistką i myślę tylko o własnych interesach…
- Ciii… – przytulił ją mocno, a jednocześnie miał wielką ochotę wybrać się do Sawyera.
- A wcześniej był taki miły… I już było dobrze… – Podniosła na niego zapłakane oczęta. – On tak strasznie krzyczał… – szepnęła jak malutka dziewczynka.
- Cii, kochanie, cichutko… – głaskał ją po głowie w uspakajającym geście.
Wiedział, jak bardzo boli dziewczynę, gdy ktoś wyżywa się na niej, krzyczy albo…
- Machał rękami, jakby miał mnie uderzyć… – wymamrotała, lekko drżąc i kuląc się tak, żeby jej było jak najmniej.
Pocałował lekko zielonooką w czubek główki.
- Nie pozwolę mu na to, przecież wiesz, aniołku… – Tulił ją jak wtedy, gdy była dzieckiem i śniły się jej koszmary.
- Wiem… – szepnęła, opierając czółko o jego tors. – Ja nie wiem, co go tak zdenerwowało, chciałam z nim spokojnie porozmawiać… – dodała.
Uśmiechnął się nieznacznie.
- Jest o ciebie zazdrosny… I martwi się, co sprawiło, ze jesteś ostatnio taka smutna i przygaszona.
- Skąd wiesz, że przez ostatnie dni taka byłam? – Popatrzyła na niego, zdziwiona. – Przecież… – Ugryzła się w język, żeby nie powiedzieć, że go unikała.
- Ściany mają uszy. – Puścił do niej oczko, nie przejmując, a przynajmniej starając się, nie przejmować tym, co chciała powiedzieć.
Pogładziła go po dłoni.
- Przepraszam, że do ciebie nie zachodziłam, ale musiałam sobie to wszystko poukładać… – szepnęła.
- Rozumiem. – Ścisnął jej palce.
- Nie gniewasz się? – Popatrzyła mu prosto w oczy. – Ja wiem, że to może boleć, ale przestanie… Znajdziesz kogoś innego, lepszego. – dodała cichutko.
- Na pewno… – powiedział, ale bez przekonania. – Nie gniewam się na ciebie, aniołku, no, bo za co? – Uśmiechnął się nieznacznie.
- To dobrze… – Uśmiechnęła się troszeczkę, po czym pocałowała go w policzek. – Dobrze, że cię mam…
W tym momencie do kajuty wpadł James, który podszedł do Ronji i złapał ją za rękę.
- Chodź. – rzucił.
- A może tak ładnie poprosisz? – mruknął Che, wstając na nogi.
- Nie wtrącaj się. – prychnął w jego stronę Sawyer i szarpnął dziewczynę. – Chodź mówię.
- Puść mnie! – krzyknęła, wyrywając mu się. – Czego chcesz?! Znowu na mnie nawrzeszczeć?!
- Chcę ci pokazać, gdzie twoje miejsce. – Uśmiechnął się znacząco.
Nagle, nie wiadomo skąd i gdzie, przez kajutę przeleciał nóż i wbił się w ścianę, raniąc Jamesa w ramię.
- Ta pani powiedziała, że masz ją puścić, señor. – powiedział Cygan spokojnym głosem.
Sawyer odwrócił się w stronę Hiszpana.
- Powiedziałem, że masz się nie wtrącać? – zapytał nieprzyjemnym tonem i byłby rzucił się na Montero, gdyby nie to, że pomiędzy mężczyznami stanęła panna Morisette.
- Przestań! – krzyknęła.
- Odsuń się. – Machnął ręką w niezidentyfikowanym geście.
- Nie podnoś na mnie ręki!!! – wrzasnęła. – Do jasnej cholery, co ty sobie wyobrażasz?! Że będziesz wrzeszczał na mnie wtedy, kiedy ci ochota przyjdzie?! I tak samo będzie z łóżkiem?! Czy tobie się coś nie popieprzyło przypadkiem???!!! Tak sobie wyobraziłeś nasz związek?! Wiesz, ja cię bardzo przepraszam, ale chyba się dość mocno różnimy pod tym względem!!! – zakończyła, splatając ramiona na piersi i wpatrując się w mężczyznę oczyma, w których migotały błyskawice.
- Ronja, odsuń się. – poprosił spokojnie Che.
- Przestańcie! – ryknęła niemiłosiernie.
- Ronja, nie rób scen… – zaczął James, ale nie dała mu dokończyć, patrząc na niego z furią.
- Wiesz co? Ty jesteś popierdolony! Ja robię sceny?! Ja?! A kto mnie na środku pokładu ni z tego, ni z owego zaczyna całować i uważa, że wszystko jest w porządku?! Powinieneś się leczyć, do jasnej cholery, ja nie będę szła z tobą do łóżka, wtedy, kiedy jaśnie wielmożne ego pana kapitana zapragnie!!! – Zacisnęła bezwiednie dłonie w pięści.
Che delikatnym, acz stanowczym ruchem, odsunął Ronję od Jamesa i, nie śpiesząc się wcale, podarował mu piękny, prawy sierpowy.
- Doceń to, co masz, señor. – mruknął. – Bo jeszcze tego nie straciłeś, ale jesteś na dobrej drodze…
Ruda opadła na łóżko i ukryła twarz w dłoniach, ale nie płakała.
- Mam dosyć… – wymamrotała tylko.
- Ona mnie w życiu nie zostawi… – prychnął Sawyer. – Zbyt dobrze ma się ze mną.
Panna Morisette podniosła się bardzo, bardzo powoli na równe nogi i stanęła tuż przed obitym blondynem. Jej rysy stwardniały i teraz przypominała swoją postawą prawdziwą panią kapitan.
- Nie mów hop, zanim nie przeskoczysz przeszkody. – wysyczała, zsuwając z palca pierścionek i wciskając w jego dłoń. – A teraz zejdź mi z oczu. – warknęła.
- Ronja? Księżniczko? – wymamrotał ogłupiały James, wodząc wzrokiem od błyskotki do dziewczyny.
- Powiedziałam: wyjdź. – Nawet nie podniosła głosu, tylko odwróciła się na pięcie.
Widząc, że Sawyer nie ma zamiaru ustąpić, Che złapał go za koszulę na piersi i, delikatnie mówiąc, wyrzucił za drzwi, nie wypowiadając ani słowa.
Stanęła przed oknem ze splecionymi na piersi rękoma i nie odezwała się ani słowem, tylko patrzyła na morskie fale, próbując się uspokoić.
Cygan podszedł do dziewczyny, z dłońmi uniesionymi do góry. Chciał ją pocieszyć, przytulić, ale nie wiedział, czy mu wolno.
Odwróciła się, jakby podświadomie oczekiwała i chciała tego, by Che był obok i ją chociaż przytulił. Westchnęła cichutko.
Objął ją delikatnie i przytulił do siebie. Pogładził dziewczynę po włosach i wyszeptał do uszka kilka słów pocieszenia.
Przytuliła się do niego.
- Powinnam z nim była porozmawiać… – szepnęła cicho.
- Porozmawiasz. – zapewnił. – Jak tylko się uspokoicie oboje, porozmawiacie spokojnie.
- My nie umiemy rozmawiać… Ciągle się kłócimy. – wymamrotała z żalem.
- Bo się kochacie i może to was przeraża? – Spojrzał jej w oczy i odgarnął zabłąkany kosmyk włosów z czoła.
- Ja się boję tylko tego, że on kiedyś odejdzie… – powiedziała bardzo, bardzo cicho. – Że stwierdzi, że nie jestem odpowiednią dla niego kobietą i zniknie z mojego życia, zostawiając mnie znowu samą sobie… – Pociągnęła rozpaczliwie noskiem.
- Nie będziesz już nigdy sama… – powiedział cicho, patrząc na nią jakoś tak inaczej niż zwykle.
Delikatnie oparła obie dłonie na jego torsie.
- A kto będzie ze mną? – zapytała mimowolnie.
Podniósł do góry jej śliczną twarzyczkę i spojrzał w piękne, zielone oczy.
- Przecież wiesz… – szepnął, przesuwając palcem po jej piersi, tam, gdzie biło serce. – Bardzo dobrze wiesz… – Pochylił się i dotknął delikatnie jej ust, jakby zupełnie mu się nie śpieszyło.
Smakował ją i zapraszał do wspólnej pieszczoty leniwymi, ale intensywnymi ruchami.
Zarzuciła ramiona na jego szyję, odwzajemniając pocałunek. Nieśmiało rozchyliła wargi i wysunęła język. Przesunęła nim po jego wardze i zaczęła ją delikatnie kąsać, coraz bardziej zatracając się w pieszczocie.
Objął ją mocno i przylgnął do niej całym ciałem. Nawet nie zauważył, kiedy dziewczyna opierała się plecami o ścianę, a on przesunął usta na jej szyję.
Odchyliła intuicyjnie głowę do tyłu, a dłońmi zaczęła błądzić po jego ramionach i torsie, powoli i delikatnie rozpinając guziki jego koszuli.
Nagle, ni stąd ni zowąd, oderwał się od dziewczyny z niemałym trudem i tylko wpatrywał w jej zielone oczy.
Milczała, zaskoczona tym, co zrobił. Patrzyła na niego rozszerzonymi oczyma, łapczywie chwytając powietrze przez lekko rozchylone wargi, nabrzmiałe od pocałunków. Dotknęła opuszkami palców jego warg.
Zacisnął delikatnie dłoń wokół jej nadgarstka i w milczeniu ucałował każdy z palców dziewczyny.
- Che? – wyszeptała cichutko, bo na tylko tyle było ją stać.
Przesunął usta dalej i zaczął pieścić językiem wnętrze jej dłoni. To było silniejsze od niego.
Przytuliła się do niego, wolną dłonią kończąc rozpinać jego koszulę. Nie potrafiła zapanować nad tym, co czuła do tego mężczyzny. Przyciągał ją do siebie jakąś zniewalającą siłą, której nie sposób było się oprzeć i działał na nią jak narkotyk. Westchnęła cicho, całując delikatnie bliznę na jego piersi.
- Ronja… – wyszeptał, wtulając twarz w jej włosy. – Nie możemy…
- Ja… Ja nie wiem, co się ze mną dzieje… – wymamrotała, lgnąc do niego jak mała dziewczynka.
- Ja też nie wiem… – Pogładził ją po plecach, nie wiedząc, jak jego dotyk działa na dziewczynę…
A może wiedział?
Zadrżała, czując jego dłoń na swoim kręgosłupie i westchnęła troszkę głośniej.
- I co teraz? – zaryzykowała pytanie.
- Nie wiem… – zaczął. – Nie wiem. Ale wiem, że to niemożliwe… – Spojrzał jej w oczy jeszcze raz.
Pokręciła, a potem pokiwała główką, aż włosy opadły jej na twarz.
- Połóż się, powinieneś jeszcze odpoczywać… – szepnęła z trudem, a po jej policzku potoczyła się pojedyncza łezka i spadła na dłoń Che.
Zobaczył tę łzę i serce mu się rozpadło na kawałki.
- Ronja… – szepnął i zanim się zorientowała, znów ją pocałował.
Ale nie tak delikatnie i łagodnie jak poprzednio. Namiętnie i szaleńczo, jakby chciał jej coś pokazać.
Odwzajemniła równie ogniście pieszczotę, obejmując go z całych sił za szyję i przytulając do siebie. Bezwiednie znowu oparła się o ścianę, czując jak cała dygocze.
Znów się od niej odsunął.
- Nie pytaj już o nic, kochanie… – poprosił. – Nie pytaj, bo nie umiem ci nic wyjaśnić…
Nie odsunęła się od niego, tylko zacisnęła dłonie na jego koszuli i wpatrywała w jego oczy.
- Proszę nie mów, muszę odejść, tyle jeszcze na nas czeka… – zaśpiewała cicho. – Zostań, bo ta noc to ona płacze deszczem… Zostań, bo jak nikt przynosisz mi powietrze…2 – Otarła kolejną łzę z policzka.
- Jestem, może to lepiej, we śnie twoim głęboko, tam gdzieś, proszę więc nie budź się… Jestem, może to lepiej, we śnie twoim głęboko, wiesz gdzie znaleźć mnie…3 – Zaśpiewał nieco inną piosenkę i pocałował ją w czółko.
Rozpłakała się. Ot, tak po prostu. Osunęła się po ścianie na podłogę, zasłaniając twarz dłońmi i szlochając.
Znowu było jej tak ciężko…
Znowu się zgubiła…
Uklęknął obok niej i palcem podniósł główkę dziewczyny.
- Unieś swą twarz i obetrzyj już łzy. Dużo jest gwiazd więc je opisz mi.. Wiem jak jest ich wiele i że mienią się, gdy jesteś tak blisko mnie… Wszędzie jest niebo, bo śmiejesz się znów… Serce mi bije na dźwięk twoich słów i nagle z radością na świat patrzeć chcę, gdy jesteś tak blisko mnie…4 – zaśpiewał bardzo, bardzo cichutko.
Ujęła jego twarz w swoje dłonie.
- Potem świt scałuję z twojej twarzy… Prześcieradeł pamięć niech zostanie tak bezwstydnym śladem w duszy twej…5 – urwała gwałtownie, po czym bez namysłu pocałowała go delikatnie. – Będziesz zawsze w moim sercu, Che… – szepnęła.
- Serce moje, zostań mi spokojnie… Choć nie pytaj ty, kim byłem nim… – urwał i zaczął znów. – Serce moje, przecież znasz odpowiedź…6 – dotknął delikatnie opuszką palca jej warg. – Ciebie nie ma w moim sercu… Ty jesteś moim sercem, aniołku…
Objęła go za szyję, płacząc. Nad sobą i nad nim, nad tym, co ich łączy, nad Jamesem i nad tym wszystkim, co się działo, a co doprowadzało ją do ciągłych łez.
- Che… Przepraszam, przepraszam, przepraszam… – szeptała, łkając.
Objął ją mocno.
- Nie przepraszaj… Nie przepraszaj, błagam…
- Przepraszam, że ja… nie mogę… – Zakrztusiła się własnymi łzami, była taka roztrzęsiona, i tylko ukryła twarz na jego piersi.
- Ciii… – Wziął dziewczynę na ręce i położył na swoim łóżku.
Usiadł obok i zaśpiewał jej coś, chyba to była stara kołysanka… A może jego wiersz? Nieważne.
- Czy kiedyś gdzieś chciałaś uciec? Czy kiedyś, bo ja nie… Na świecie jest tyle głupot, tak w twoim świecie jest… Więc zanim znów gromy spłyną, może zapomnij się dla mnie… Jestem, może to lepiej, we śnie twoim głęboko.. Tam gdzieś, proszę więc nie budź się… Jestem, może to lepiej, we śnie twoim głęboko… Wiesz gdzie znaleźć mnie.. Czy kiedyś myśl nawet mała, z domu wygnała cię? Czy kiedyś, bo żaden hałas nie dotknął nigdy mnie… Więc zanim znów spadnie kamień… Tak delikatnie śpij dla mnie…7
Trzymała go za dłoń i cichutko popłakiwała przez całą piosenkę. Dopiero pod koniec, ukojona jego głosem i słowami, zamknęła oczy i zasnęła. Ale jego palców nie puściła.
Uśmiechnął się smutno do śpiącej dziewczyny. Pogłaskał ją delikatnie po głowie i okrył prześcieradłem. Jakimś cudem wyplątał palce z jej dłoni i wyszedł na pokład. I to nie była łza, ta, co upadła na deski, o nie…

Jakiś czas później
Che zajrzał do swojej kajuty. Ronja nadal spała, zwinięta w kłębek na koi. Przykucnął obok niej i pogłaskał dziewczynę po policzku jednym palcem.
Poruszyła się przez sen i cichutko załkała, po czym krzyknęła jakieś imię. Musiało jej się śnić coś zarazem strasznego i smutnego, bo obróciła się gwałtownie na drugi bok.
- James… – wymamrotała, gdy po jej policzku potoczyło się kilka łez.
Wstał i pocałował ją w główkę.
- Już dobrze, kochanie… – szepnął, po czym wyszedł z kajuty i zapukał do kapitańskiej.
- Wejść! – Rozległ się oschły głos Jamesa, który chodził cały dzień wściekły na samego siebie za to, co się stało w kajucie Montero.
- Może tak jakoś milej, co, Sawyer? – Cygan wszedł do kajuty z tym swoim kpiącym uśmiechem na ustach.
- Czego chcesz? – warknął blondyn, podnosząc się z koi na widok Hiszpana i patrząc na niego z nieukrywaną wrogością.
- Porozmawiać. – odpowiedział.
- Śmiem wątpić, żebyśmy mieli jakiekolwiek wspólne tematy do rozmowy. – prychnął Anglik, splatając ramiona na piersi.
- A Ronja? – zapytał cicho Hiszpan.
James spojrzał na mężczyznę wyraźnie zaniepokojony.
- Coś jej się stało? – spytał, próbując ukryć drżenie głosu.
- Zakochała się. – odpowiedział Che dziwnym głosem. – W tobie.
Sawyer popatrzył nieobecnym wzrokiem na Montero.
- Ja też… W niej… – mruknął, niespodziewanie dla samego siebie chcąc jednak porozmawiać z tym człowiekiem.
W końcu Cygan znał Ronję jak mało kto…
- Wiem. Widzę to. – mruknął spokojnie Montero.
Blondyn wzruszył ramionami i usiadł na koi, machnięciem ręki wskazując towarzyszowi krzesło.
- Problem w tym, że nie wiem, co dalej… – wymamrotał, patrząc w podłogę.
Che oparł się plecami o ścianę i zaplótł ręce na piersi.
- Jak to, nie wiesz? Poprosiłeś ją o rękę, prawda?
- No tak, ale… – Westchnął ciężko i poprawił włosy, opadające mu notorycznie na oczy. – Boję się tego. – wyznał w końcu niechętnie.
- Ona też. – powiedział Che, uzmysławiając Sawyerowi bardzo oczywistą rzecz.
- Jak to? – Blondyn podniósł na Hiszpana pytające spojrzenie. – Wygląda i zachowuje się jak ktoś, kto niczego się nie boi…
- Bo chowa swój strach z obawy przed zranieniem. – wyjaśnił Cygan.
- Przecież wie, że ja jej nie skrzywdzę. Tyle razy jej to obiecywałem. – Mimowolnie spojrzał na pierścionek, który obracał w palcach. – Cholera. – mruknął pod nosem.
- Dotrzymaj słowa. – powiedział tylko Montero.
- Kurwa mać, czy ty nie rozumiesz, że ja nawet nie wiem, jak mam się zachowywać?! – Nieświadomie podniósł głos. – Nie wiem, czy coś robię dobrze, czy źle, mam wrażenie, że wciąż robię z siebie głupka i idiotę… – warknął.
- Rozmawiaj z nią. – Che nawet nie ruszył się z miejsca.
- Zaczynamy się od razu kłócić. – Westchnął ciężko. – O byle drobnostkę zwykle.
- Bo myślisz o sobie.
- Że co?! – James aż się podniósł na równe nogi. – A o ona to niby mnie nic nie obchodzi tak?!
- Nie wiesz, że słowa potrafią ranić? – zdziwił się grzecznie Hiszpan. – Ją raniły całe życie.. Uwierz, wie o życiu tak samo wiele, a może nawet więcej niż ty.
- Nie byłbym tego taki pewien… – mruknął pod nosem Sawyer, splatając ramiona na piersi.
- Zdziwiłbyś się, Sawyer. – mruknął Che, wpatrując się w blondyna.
James wstał i podszedł do okna, po czym przez chwilę wpatrywał się w horyzont.
- Nic mi o sobie nie mówiła. – stwierdził nagle, jakby z odcieniem żalu w głosie.
- Bo z niej niełatwo cokolwiek wycisnąć. – powiedział Montero.
- A jak chciała mówić, to nie chciałem jej słuchać. Jej dzieciństwo to równocześnie moje dorastanie… – kontynuował, tak, jakby nie słyszał Cygana.
Che zmarszczył brwi i przysłuchiwał się słowom Anglika. Zawsze miał ten sam problem – w jakiś nieokreślony sposób sprawiał, że ludzie mu się zwierzali nawet z największych sekretów. Tylko, że on nie umiał się tym samym odwdzięczyć.
Sawyer wzruszył ramionami jakby do swoich myśli.
- Jej ojciec zabił moją matkę, a moja siostra jest jednocześnie siostrą Ronji… – wymamrotał w końcu. – Czasem, gdy patrzę na Ronijkę mam wrażenie, jakbym widział Jeenę.
Na końcu języka Hiszpan miał pytanie, czy nie związał się z Ronją tylko dlatego, ale uznał, że nie powinien w ten sposób atakować blondyna. Nie jego wina, że Ronka go kocha.
- Parę razy wspominała mi, że nie miała za ciekawie w domu, ale nie potrafiłem jej wysłuchać, bo to za bardzo mnie bolało. A z drugiej strony wiem, że powinienem, bo tak to powinno wyglądać. Nie wiem, jak mam ją traktować, jak się do niej zwracać… – Westchnął ciężko.
- Naturalnie, Sawyer. – mruknął w końcu Che. – Posłuchaj serca.
- Czy ty naprawdę myślisz, że to takie proste? – prychnął cicho James.
- Nie. – odpowiedział równie cicho Cygan. – Ale przyznasz, że warto się starać?
- Dla tej dziewczyny warto sobie w łeb strzelić. – odparł po prostu Anglik.
Montero uśmiechnął się pod nosem.
- Otóż to.
Sawyer obrócił się na pięcie.
- Gdzie ona jest? – spytał cichym głosem.
- U mnie w kajucie. – odpowiedział Hiszpan. – Płakała, a teraz śpi… I wołała ciebie przez sen.
- Dlaczego płakała? – Popatrzył wrogo na Cygana. – Zrobiłeś jej coś? Skrzywdziłeś ją?
- Płakała przez ciebie. – Che wbił swoje czarne tęczówki w blondyna.
- Kurwa! – zaklął elokwentnie Anglik, po czym uderzył pięścią w ścianę.
- Idź do niej. – poradził tylko Montero.
James tylko skinął głową i wyszedł z kajuty.
- Dla takiej dziewczyny warto sobie nie tylko w łeb strzelić. – mruknął sam do siebie Hiszpan i wyszedł z kajuty Sawyera.

Ronja nadal spała na koi Cygana, okryta prześcieradłem i zwinięta w kłębek, gdy do pomieszczenia wszedł blondyn. Przykucnął przy posłaniu, obserwując słodką, uśpioną twarzyczkę panny Morisette. Delikatnie dotknął jej ust, lekko rozchylonych.
- Moja księżniczka… – szepnął. – Jestem durniem. – dodał z ogromną dozą autoironii, głaszcząc ją po policzku.
Dziewczyna drgnęła przez sen i otworzyła oczy.
- James? – powiedziała cichutko, widząc narzeczonego, a właściwie eks-narzeczonego.
- Przepraszam, maleńka… – Odsunął dłoń od twarzy rudej.
- Maleńka? – Zmarszczyła lekko brwi, a w jej oczach zabłysnęły psotne iskierki. – Myślałam, że maleńka to Kate.
- Masz rację, ty jesteś księżniczką. – Podchwycił jej żart, wyciągając do niej dłonie, żeby się przytuliła.
Zielonooka uwiesiła się na szyi mężczyzny.
- Już nie będziemy się kłócić? – spytała cichutko, patrząc w te błękitne oczy, które tak bardzo kochała.
- Nie będziemy. A ja mam dla ciebie niespodziankę. – Pocałował ją w czubek noska.
- Jaką? – Przekrzywiła lekko główkę, gestem nakazując mu, by usiadł na koi.
- Ktoś mnie rano prosił, żebyśmy zmienili kurs… – Uśmiechnął się szelmowsko, po czym rozpiął guzik od koszuli panny Morisette i pocałował odsłoniętą skórę. – Ronijko, przepraszam… Nie powinienem tak na ciebie krzyczeć… – szepnął, prostując się.
- To nic, kochany… – Pogładziła go lekko dłoni, uśmiechając się ciepło. – Najważniejsze, że wszystko już jest dobrze. No, prawie dobrze.
- Prawie? – Popatrzył na nią, zdziwiony.
- Wiesz, brakuje mi takiego ślicznego pierścionka na palcu. – Trąciła palcem czubek jego nosa.
- Takiego? – zapytał, wyciągając z kieszeni spodni munduru pierścionek.
- Dokładnie. – Podała mu swoją dłoń, uśmiechając się ciepło.
Wsunął pierścionek na jej palec, po czym otoczył dziewczynę ramieniem w pasie i mocno pocałował.
Odwzajemniła pocałunek, przytulając się do mężczyzny, z którym chciała już być do końca życia.
- Kocham cię, James… – szepnęła, odsuwając się od Sawyera.
- Ja panią też kocham, pani Sawyer. – Blondyn uśmiechnął się lekko. – Księżniczko, będziemy teraz więcej rozmawiać, dobrze? – zapytał i lekko pogładził ją po ramieniu.
- Dobrze. I opowiem ci trochę o sobie, jak będziesz chciał. – Uśmiechnęła się, takim pełnym szczęścia uśmiechem.
Serce w nim topniało, gdy widział ją szczęśliwą, a świat pokazywał mu swoje radośniejsze oblicze. Podniósł się i, zanim dziewczyna zorientowała się, co się dzieje, wziął ją na ręce.
- Wariat! – pisnęła ze śmiechem, obejmując go mocno za szyję.
- Z miłości do ciebie. – odparł, całując ją w skroń i wychodząc na zalany słonecznym blaskiem pokład.

- No to się nam kapitaństwo pogodziło… – rzucił Lars do Johna, uśmiechając się wesoło.
- Daję im góra miesiąc spokoju. – odpowiedział Mayson, opierając się o reling plecami i krzyżując ramiona na piersi.
- Coś ty, za tydzień już się pokłócą. – prychnął Harry, podchodząc do oficerów.
- Ty chyba nie wiesz, że jak Sawyer się uprze, to nie da się rozlecieć temu związkowi! – zdziwił się grzecznie blondyn.
- Ta panna ma zbyt ognisty temperament, niemalże jak rodowita Hiszpanka, żeby był miesiąc tu spokój. – Łysy wzruszył ramionami.
- A ty to wiesz akurat jaki Hiszpanki mają temperament! – zaśmiał się Tilly.
- Za to ty się dowiesz, bo Watson jest Hiszpanką. – odparował Harry, szczerząc wesoło uzębienie. – Ja kapitaństwu daję góra trzy dni i znowu będzie jakaś awantura, zapamiętajcie moje słowa. – Wzruszył ramionami i zszedł pod pokład.

1 hiszp. nie płacz.
2 Andrzej Piaseczny – Imię deszczu
3 i 7 Andrzej Piaseczny – Proszę, zapomnij się
4 Andrzej Piaseczny i Natalia Kukulska – Jesteś blisko mnie
5 Andrzej Piaseczny – Będziesz znów
6 Andrzej Piaseczny – Chociaż Ty

Rozdział XIV

12 komentarzy

Panna Morisette z samego rana, gdy tylko otworzyła oczy i założyła jakieś ciuchy, pobiegła do kuka, po śniadanie dla Che, i do medyka, po leki. Gdy stanęła w drzwiach kajuty, Montero już nie spał.
- Witamy z powrotem wśród żywych. – Uśmiechnęła się.
Hiszpan czuł się już nieco lepiej. Uśmiechnął się lekko.
- Witam, aniołku.
Położyła tacę na stoliku i pomogła mężczyźnie usiąść, po czym postawiła śniadanie na jego kolanach.
- Jedz. – Uśmiechnęła się, siadając w nogach koi. – Jak się dzisiaj czujesz? – spytała, splatając włosy w warkocz.
- Lepiej. – Uśmiechnął się słabo i próbował chwycić widelec, ale ręka odmówiła posłuszeństwa.
- Właśnie widzę. – Zmarszczyła nosek i przysunęła się bliżej niego. – Kto by pomyślał, że będę cię kiedyś karmić. – Zaśmiała się lekko, biorąc widelec.
- Otóż to. – Westchnął sentencjonalnie. – Ty mnie tylko nie słuchałaś. – Uśmiechnął się figlarnie i spojrzał na nią uważnie. – Ślicznie wyglądasz…
- Dziękuję. – Zarumieniła się leciutko, jak tamta trzynastolatka. – Ja z tobą tylko wygrywałam walki, jak mi pozwalałeś i będę ci to wypominać do końca życia. – Zaczęła go karmić.
Dotknął dłonią jej włosów.
- A nie to, że przeze mnie ścięłaś włosy?
- To też. – Uśmiechnęła się, po czym posmutniała. – Ale wtedy była awantura w domu… Żeby nie Atticus, matka by mnie chyba zabiła. – szepnęła cicho, nieświadomie dotykając ramienia, gdzie miała bliznę po szpicrucie.
Pogłaskał ją po ramieniu.
- Nie myśl już o tym… – szepnął. – Pamiętasz, co ci kiedyś powiedziałem?
- Zależy o czym. – Uśmiechnęła się figlarnie.
Uśmiechnął się lekko.
- Ay, mówiłem wiele rzeczy…
- No właśnie. – Zmarszczyła nosek.
W tym momencie drzwi od kajuty otwarły się z hukiem i w progu stanęli John z Tillym.
- Ty szczęściarzu! – krzyknął w stronę Cygana Mayson, szczerząc się.
- Temu to dobrze… – Uśmiechnął się lekko Lars.
- A was matka nie uczyła, że się puka???!!! – ryknęła Ronka, odwracając się w stronę mężczyzn z wesołym uśmiechem.
Hiszpan spojrzał uważnie na oficerów, po czym uśmiechnął się lekko.
- Ronja, zdziwiłbym się, gdybyś przebywała wśród ludzi, którzy słuchają się tego, co ich matka uczyła. – rzucił lekkim tonem do dziewczyny.
- Też racja. – odparła, śmiejąc się.
- Oddałbym połowę pensji z całego roku, byle się z nim zamienić. – stwierdził John.
- Nie ma lekko, nie dałbyś rady, bo tylko Che ze mną sypiał jak miałam trzynaście lat. – Zaśmiała się ruda.
Widząc zdumione miny obu mężczyzn, Cygan roześmiał się głośno, zaraz jednak skrzywił się z bólu.
- Nie, taki śmiech, to jeszcze nie dla mnie. – Uśmiechnął się pocieszająco w stronę Ronji i spojrzał jeszcze raz na marynarzy, wzrokiem, jakby chciał poznać wszystkie ich sekrety.
Widząc bliznę na szyi Larsa, uśmiechnął się perfidnie.
- Jedna broń na całych Karaibach i jedna kobieta potrafi zostawić taki ślad. – rzucił niby od niechcenia.
Tilly wywrócił oczyma.
- Zaczyna się…
- Lars, to już takie bliskie stosunki łączą ciebie i Kate?! I ty nam nic nie powiedziałeś?! – wrzasnął John, po czym odwrócił się na pięcie i wypadł z kajuty, by obwieścić wszystkim najnowsze nowiny.
- Ja tu niedługo życia nie będę miał. – mruknął Pierwszy.
- Przejdzie im. – stwierdziła panna Morisette, uśmiechając się pocieszająco.
- To ja ci powiem tylko jedno, przyjacielu. – odezwał się Che, patrząc uważnie na Tilly’ego.
- Zaczynam się bać… – rzucił pod nosem Lars.
- Jego? Co ty, nie ma powodu… Eee… – Ruda podrapała się po łepetynce. – Poprawka, jest powód, to on uczył Kate rzucać nożami. – Wyszczerzyła się.
- Mnie należy się bać. – odezwał się Che w podobnym tonie. – Ale tylko wtedy, gdy krzywda dzieje się osobom mi bliskim. – powiedział, a w jego głosie brzmiała złowroga nutka.
- Komodor ma przechlastane, moja świętej pamięci mamuśka też, Sparrow, Teach, oby mu woda ciężką była… – mamrotała zielonooka, odliczając na palcach.
- Rozumiem i zapamiętam. – Lars lekko skinął głową, po czym wyszedł z kajuty, zamykając za sobą drzwi.
- Kurczę, Jamesowi się też powinno oberwać. – mruczała panna Morisette pod noskiem.
- Powinno oberwać tak z pół Indii Zachodnich. – Montero uśmiechnął się nieznacznie.
- No, na to wygląda… – odparła, przykładając mu do ust kubek z wodą. – Wczoraj się pokłóciłam z Jamesem o ciebie. – szepnęła.
- Nie powinniście się o mnie kłócić. – mruknął.
Wzruszyła ramionami.
- Ujmę to tak, że zrobił mi scenę zazdrości. – Zmarszczyła nosek.
- A ma powody? – zapytał cichutko Che, dotykając policzka dziewczyny.
Przytuliła policzek do jego dłoni, po czym spuściła wzrok i pokiwała leciutko głową.
Uśmiechnął się blado.
- Już myślałem, że ja tak tylko uważam… – szepnął.
Podniosła na niego nieśmiałe spojrzenie, po czym pochyliła się i dotknęła delikatnie swymi wargami jego ust, powodowana dziwnym impulsem.
- Ronja… – z jego ust wydarł się chrapliwy szept.
Chciał powiedzieć, że to nie powinno się zdarzyć, że nie mogą… Ale zamiast tego otoczył ją tą zdrowszą ręką i przytulił do siebie, mocno odwzajemniając pocałunek.
Nie myślała już o niczym, nic nie było ważne, tylko oni. Objęła go za szyję, błądząc dłonią po jego karku i całując go, całując, całując…
Przesunął usta na jej szyję, całując i kąsając ją delikatnie. Wiedział, że nie powinien. Ona miała swoje życie, swoje poukładane życie, a on…
Oderwał się od niej z trudem.
- Perdone… – wyszeptał.
Wpatrywała się w niego.
¡Dios…!
Co oni wyprawiali? Gdyby James ich zobaczył… Ale ona tego chciała. Może niezupełnie świadomie, ale pragnęła dotyku dłoni i ust Che, jego czarnych, tajemniczych i tak pięknych oczu wpatrzonych w nią. Odwróciła głowę, starając się pohamować łzy.
Znowu się zagubiła w świecie własnych uczuć…
- Chodź tu do mnie… – Objął ją ramieniem, zupełnie po przyjacielsku.
Bezmyślnie skrzywdził tę dziewczynę, która od zawsze była mu cenniejsza niż ktokolwiek inny.
Przytuliła się ufnie do niego, popłakując cichutko.
- Przepraszam… – wyszeptała, kuląc się obok niego, tak, jak wtedy, gdy była malutka i coś przeskrobała, a potem bała się kary.
- To ja przepraszam. – Uśmiechnął się pocieszająco. – Powinienem nad sobą panować… Nie myśl o tym…
- Ale to ja zaczęłam… – Ukryła twarz w dłoniach. – Ja nie chciałam… – wykrztusiła, gdy spomiędzy jej palców wypłynęła mała, słona kropelka.
Nie mógł się opanować i scałował łzę z jej dłoni.
- Nie płacz. Nie mówmy już o tym, dobrze? Nie chcę niszczyć twojego życia, aniołku…
- Ja je sama sobie niszczę. – szepnęła, siadając prosto. – Tym, że nie umiem kochać, tym, że wszystkich przywiązuję do siebie łóżkiem, tym, że nie wiem, czego chcę… – Popatrzyła na niego, a po jej policzkach spływały ogromne łzy.
- Nie płacz… – Pogłaskał ją po policzku. – Umiesz kochać, ja to wiem. Wiem, że kochasz Kate jak siostrę, Jeffa jak ojca, swojego brata, Atticusa, prawdziwego ojca, mnie… – powiedział, zanim ugryzł się w język.
Milczała, patrząc w dal nieobecnym wzrokiem.
- Che… – szepnęła cichutko. – Problem w tym, że ja nie wiem, czy kocham cię jak brata, czy jak… I nie wiem, co tak do końca czuję do Jamesa… – Zerwała się na równe nogi i wybiegła z kajuty z płaczem.
Che pobiegłby za nią, gdyby tylko mógł. Zamiast tego, w geście bezradności i złości na samego siebie, uderzył pięścią w ścianę.
¡Mierda!
Zawsze wszystkich krzywdził. Wszystkich, którzy znaczyli dla niego wiele, zupełnie tak, jak Ronja…

Panna Morisette pobiegła w stronę dziobu, płacząc rozpaczliwie. Nagle zderzyła się z kimś i upadła na tyłek.
- Przepraszam… – wymamrotała, gdy już wstała na nogi.
- Ronijko? – James popatrzył na nią, zatroskany. – Co się stało? – Przytulił rudą, głaszcząc ją w uspokajającym geście po włosach.
- Nic… – wyszeptała, kuląc się tak, jakby się bała, że na nią nakrzyczy albo uderzy.
- Nie płacz… – Pocałował ją w skroń i posadził na zwoju lin, a sam usiadł obok. – Coś się musiało wydarzyć, bo inaczej byś tak nie płakała. – Pogładził ją po mokrym policzku.
- To moja wina… Moja i tego, że sama nie wiem, czego chcę… – szepnęła Ronja, patrząc na swoje dłonie.
- Księżniczko… – Pogłaskał ją po ramieniu. – Jesteś jeszcze młoda, musisz wszystko poznać i to dlatego.
- Ja tu nie mówię o świecie. Mi chodzi o uczucia… – wymamrotała, ocierając łzy i podnosząc zapłakane oczy na blondyna.
- Już dobrze, przecież ja cię z niczym nie pospieszam. – Uśmiechnął się łagodnie i objął ją ramieniem, gdy wdrapała mu się na kolana.
- To dobrze… – szepnęła, opierając główkę o jego ramię.
Nieświadomie wsunął dłoń pod jej koszulę i dotknął nagiego ciała.
- James, nie. – Domyśliła się, czego chce. – Nie dzisiaj, a przynajmniej nie teraz.
- Ronijko… – poprosił, delikatnie błądząc palcami po jej gładkiej skórze.
- Nie. – Stanowczym ruchem odsunęła jego rękę.
Pochylił się i zaczął natarczywie całować jej szyję. Dziewczyna gwałtownie wstała i popatrzyła na niego z bólem w zielonych oczach.
- Jeśli chciałeś mieć zwykłą dziwkę na pokładzie, to trzeba było wziąć taką z burdelu! – krzyknęła, po czym odwróciła się na pięcie i zbiegła pod pokład.
Jak pijana trafiła do mesy oficerskiej, gdzie zastała Johna. Popatrzyła na niego nieprzytomnym wzrokiem.
- Ronja? – Mayson podniósł się i spojrzał, zatroskany, na pannę Morisette.
- John, pomóż mi… – wyszeptała, siadając na podłodze pod ścianą i ukrywając twarz w dłoniach.
Usiadł obok niej i pogładził po włosach.
- Co się stało? – zapytał kojącym tonem.
Opowiedziała mu wszystko ze szczegółami. Wiedziała, że temu wiernemu marynarzowi może zaufać, był dla niej kimś w rodzaju Atticusa. Jako jedyny potrafił ją wysłuchać, pocieszyć i doradzić dziewczynie, co powinna zrobić. Jednocześnie czuła się przy nim trochę tak, jak przy Che. Bo Hiszpan był jedynym mężczyzną, przy którym czuła się najbezpieczniej na świecie i niemalże była pewna, że nic ani nikt nie jest w stanie jej zagrozić.
Po zakończeniu historii oparła czoło o kolana i westchnęła ciężko.
- Już było dobrze i znowu się zgubiłam… – szepnęła cichutko.
- Wszystko się ułoży, zobaczysz… – John uśmiechnął się ciepło do dziewczyny, cały czas gładząc ją po rudych lokach. – Sawyer to seksoholik i tylko to mu w głowie, musisz go nauczyć, że nie będziesz na każde jego zawołanie. A co do tego twojego Hiszpana… – Zamilkł na chwilę. – Poczekaj trochę. Daj sobie, jemu i Jamesowi czas, a jakoś to się ułoży. I staraj się go traktować tak, jak dawniej. – Przytulił zielonooką.
- John, co ja bym bez ciebie zrobiła? – spytała, podnosząc na niego oczy.
- Poradziłabyś sobie sama. Jesteś silna. – Pogładził ją po policzku, po czym podniósł się. – Muszę iść na pokład, a ty idź porozmawiaj z Montero. – Wyciągnął do niej dłoń.
Ujęła jego rękę i wstała na nogi.
- Dziękuję. – Pocałowała Maysona w policzek i podreptała do kapitańskiej.
John odetchnął cicho. Tylko on wiedział, bo dziewczyna chyba tego nie zauważyła, ile samozaparcia kosztowało go nie pocałowanie jej i nie zaciągnięcie do łóżka. Przeczesał palcami blond czuprynę, po czym podreptał ze smętną miną na pokład.

Che leżał na koi i pustym wzrokiem wpatrywał się w sufit. Przed laty pamiętał, że uciekł nie tylko dlatego, że tak strasznie pokłócił się z Kate i potrzebował sobie to wszystko przemyśleć, ale też dlatego, że Ronja, ta mała, ledwo trzynastoletnia dziewczynka, zaczęła zajmować szczególne miejsce w jego sercu… Sercu, które jednak posiadał, i które od dzisiaj zaczęło bić tylko dla jednej osoby…
Ruda niepewnie przystanęła w progu kajuty i popatrzyła na Hiszpana. Gdzieś tam, w serduszku, poczuła żal, że go tak bezmyślnie zraniła. Bała się zrobić krok do przodu, jakby już sam jej ruch mógł mu sprawić ból. I jeszcze coś ją powstrzymywało… To dziwne uczucie, gdy patrzyła na mężczyznę. Świadomość tego, że on jest dla niej bardzo ważny… W milczeniu, z lekkim przestrachem, wpatrywała się w Cygana.
Wyczuł jej obecność. Odwrócił głowę i przywołał na usta słaby uśmiech. Doszedł do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli ją przekona, że poza przyjaźnią nic ich nie łączy.
- Witaj, Ronusiu…
Na jej zapłakanej buzi pojawił się blady uśmiech.
- Che… – szepnęła cichutko, robiąc z wahaniem krok w jego stronę.
- Już dobrze? – zapytał z troską. – Przepraszam za to, co się stało.
Gdy usłyszała jego pełen troski głos, przypomniała sobie, jak przesiadywał przy niej, na „Zorzy Polarnej”, gdy była chora albo miała chorobę morską. On się zawsze o nią martwił, troszczył i opiekował tym małym rudym trzpiotem, którym kiedyś była. W jej oczach pojawiły się łzy.
- Wina leży pośrodku. – Przysiadła niepewnie na skraju koi, patrząc na niego. – Sama nie wiem, czy już jest dobrze… – Opuściła główkę.
- Uwierz mi, że jest. – Zmusił się do odpowiedzi. – Jeśli ty się dobrze czujesz, to już jest dobrze…
Dotknęła palcami jego dłoni.
- Nie chcę cię ranić… – wymamrotała.
- Nie zranisz mnie. – Uśmiechnął się nieznacznie, cofając rękę.
Podniosła główkę i popatrzyła na niego w milczeniu. Sama nie wiedziała, co chciała mu przekazać w tym spojrzeniu… Chyba wszystko.
Odwrócił głowę, nie mogąc znieść jej wzroku.
- Już dobrze. – powtórzył. – To już się nie powtórzy, masz moje słowo.
To zabolało. Zabolało, gdy cofnął dłoń, i gdy odwrócił wzrok od niej. Poczuła się jeszcze gorzej niż wcześniej, jak ostatnia kurwa z najgorszego burdelu. Przełknęła gorzkie łzy i zacisnęła drżące dłonie na materiale spódnicy, nie chcąc mu pokazać swojego bólu.
- Już dobrze. – powtórzył, patrząc na nią znowu, tak, jak patrzył na każdego.
Pogłaskał ją po dłoni, chcąc chociaż odrobinę pocieszyć, bo widział jej ból, czy tego chciała, czy nie.
- Daj mi trochę czasu… – poprosiła drżącym głosem i, nieco nieśmiało, zacisnęła palce na jego dłoni.
Pogłaskał ją jednym palcem po policzku.
- Przecież nie chcę cię do niczego zmuszać, aniele…
- Poczekasz na mnie, aż sobie wszystko ułożę? – zapytała cichutko, niemalże błagalnym tonem.
Uśmiechnął się lekko, ujął jej dłoń i ucałował delikatnie jej palce.
Posłała mu łagodny uśmiech, po czym pochyliła się i pocałowała go w policzek.
- Dziękuję. – szepnęła. – Wiesz, że przez tę twoją ucieczkę wtedy, gdy miałam te naście lat, mało nie zostałam panią komodorową? – spytała spokojnym głosem, patrząc w dal.
Ujął jej twarz w dłonie i zmusił, aby spojrzała mu w oczy. Zrozumiał…
- Ale nie zostałaś. – szepnął tylko.
Wzruszyła ramionami.
- Byłam już z nim zaręczona. – Położyła się obok niego i przytuliła jak mała dziewczynka. – Matka nie dała zgody na nasz ślub, bo widziała, że go chcę.
Pogłaskał ją po głowie, słuchając w milczeniu, co ma mu do powiedzenia.
Delikatnie oparła główkę na jego ramieniu i przymknęła oczy, wspominając tamte lata. W tej chwili otworzyły się drzwi od pomieszczenia i stanął w nich James.
- Ronijko… – zaczął, ale gwałtownie urwał, widząc dziewczynę leżącą obok Hiszpana.
Che podniósł się na łokciu, jednocześnie przeklinając w myślach samego siebie za całe to zamieszanie, które już wisiało w powietrzu.
- Ronja… – Dotknął lekko ramienia dziewczyny.
Poderwała się gwałtownie na równe nogi.
- James, to nie tak… – zaczęła, ale blondyn jej przerwał.
- To mają być niby przyjacielskie stosunki? – zapytał z pozoru spokojnym głosem, ale oczy mu pociemniały.
Zamilkła gwałtownie, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć.
- Nie oskarżaj ją o coś, czego nie zrobiła, Sawyer. – rzucił chłodno Cygan.
- Skąd ja niby mam wiedzieć, co wy tu robiliście? – odparował lodowatym tonem kapitan „Króla Jerzego”.
- James… Porozmawiajmy spokojnie. – poprosiła Ronja, stając się opanować łzy.
Od momentu pojawienia się na Tortudze i spotkania ze Sparrowem była rozbita wewnętrznie. Byle kłótnia i sprzeczka potrafiły doprowadzić ją do rozstrojenia nerwów i strasznego, niekontrolowanego płaczu.
- Pomyśl logicznie, Sawyer. – prychnął Hiszpan, próbując z trudem wstać z koi. – Czy ja w chwili obecnej wyglądam na takiego, co by zdołał iść do łóżka z kobietą?! – zapytał.
- Nie wstawaj! – Dziewczyna rzuciła się, by położyć Montero z powrotem na posłaniu. – Leż, ja sobie poradzę. – Popatrzyła na niego smutnym i zmęczonym wzrokiem. – James, chodźmy stąd, porozmawiajmy na pokładzie. – Odwróciła się do blondyna.
- Mówiłaś, że nic was nie łączy i jak ja mam ci niby wierzyć? – prychnął Sawyer.
Podniosła na niego spokojne spojrzenie i wbiła je w jego niebieskie tęczówki.
Che spojrzał uważnie na Ronję. Coś się musiało stać, bo strasznie się zmieniła. Zrobiła się strasznie płaczliwa, to było widać w jej oczach, podatna na zranienia… A kiedyś nie dałaby sobą pomiatać, co to, to nie. Chciał… ¡Mierda! Chciał się nią po prostu opiekować…
- Bo tak jest. – powiedziała w miarę spokojnie. – Che jest od dawna moim przyjacielem, opiekował się mną, gdy pływałam z Kate i uczył mnie wielu rzeczy. – wykrztusiła, słysząc w główce cichy głosik: „Gdybyś chciała, on nie byłby tylko twoim przyjacielem!”
- Ronka, jak mam ci uwierzyć, po tym, co zobaczyłem? – James podszedł do dziewczyny odgarnął włosy z jej policzka. – Kocham cię, księżniczko… – szepnął.
Już i tak ogromne oczy rudowłosej teraz zrobiły się jeszcze większe.
Cygan usłyszał tylko głośny huk i zorientował się, że pękło mu serce. Bo chciał się nie tylko opiekować Ronją, nie tylko…
Panna Morisette nie wiedziała, co robić. Z jednej strony serce rwało się w niej, by obiecała Jamesowi, że z nim będzie, a z drugiej… Ten Cygan, leżący na koi… Gdzieś w głębi jej serduszka paliła się od dawna iskierka bynajmniej nie siostrzanego uczucia do Montero.
I co teraz zrobić?
Wiedziała, że James mówił szczerze, czuła to. Wiedziała też, że Hiszpan uszanuje jej wybór, jakikolwiek by nie był…
Z bezradności rozszlochała się spazmatycznie, ukrywając twarz w dłoniach i opadając na koję. Tuż obok Che.
Montero pogłaskał Ronję po głowie w czysto przyjacielskim geście i przywołał gestem Jamesa.
- Weź ją stąd i uspokój…
Blondyn, zdezorientowany, skinął głową, po czym wziął dziewczynę na ręce i skierował się do wyjścia. W tym momencie w drzwiach kajuty pojawiła się łysa głowa Harry’ego, który obrzucił zgromadzone towarzystwo bacznym spojrzeniem.
- Ona to chyba w ciąży jest, że ma takie zmienne humory… – stwierdził z dezaprobatą, po czym pobiegł na pokład, by roznieść najświeższą plotkę.
- Ciąża?! – pisnęła Ronka histerycznym głosem. – Jaka znowu, jasna cholera, ciąża?! Dajcie wy mi wszyscy święty spokój! – krzyknęła, po czym dostała napadu histerii.
- Por el amor de Dios… – mruknął Che pod nosem, po czym wstał z trudem i objął Ronję ramieniem. – Ronja! Ronja, uspokój się…
- Ja już mam dosyć, wszyscy się o coś mnie czepiają, czegoś chcą ode mnie… – Dziewczyna skuliła się w ramionach Sawyera i zacisnęła dłonie na jego koszuli, szlochając.
- Połóż się. – mruknął w stronę Hiszpana Sawyer, chyba intuicyjnie wyczuwając w nim rywala. – Ronijko, uspokój się, proszę cię… Już dobrze, księżniczko… – szeptał cicho do uszka panny Morisette, niosąc ją do ich wczorajszej kajuty.
Che posłusznie doczłapał do koi i dosłownie padł na nią, wyczerpany. Nie lubił Sawyera i wiedział, że nigdy go nie polubi. Próbował sam siebie oszukać, że to bynajmniej nie z powodu tego, że niósł na rękach Ronję…

Sawyer zniósł rozhisteryzowaną dziewczynę pod pokład. Kopniakiem otworzył drzwi od kajuty i usiadł na koi z zapłakaną panną Morisette na kolanach. Zielonooka, nie mogąc się uspokoić, zacisnęła dłonie na materiale jego koszuli.
- Już cichutko, księżniczko… – Pogładził ją uspokajająco po rudych lokach.
Drzwi od kajuty otworzyły się i w progu stanął John Mayson.
- Sawyer, kiedy ty jej to dziecko zrobiłeś? – zapytał.
- Jakie znowu dziecko?! Nie jestem w żadnej, cholernej ciąży! – krzyknęła Ronja, podrywając się na równe nogi.
- Każda tak mówi przy pierwszym razie. – prychnął Mayson. – Chcesz ciasta pomarańczowego albo kokosów? – spytał.
- O co ci chodzi, do stu beczek rumu?! – pisnęła, zaciskając dłonie w pięści.
- Moja Shee przy pierwszym dziecku miała takie zachcianki. – odparł kulturalnie, uśmiechając się przy tym ledwo zauważalnie.
- Kurwa jego mać!!! – wrzasnęła niemiłosiernie. – Nie jestem w żadnej ciąży, rozumiesz?! Wynoś się stąd!!! – Wypchnęła go za drzwi i zamknęła je z trzaskiem.
Osunęła się pod ścianą na podłogę i westchnęła ciężko.
- Przepraszam… – Popatrzyła zmęczonym wzrokiem na Jamesa.
- Nic się nie stało, księżniczko. – Usiadł obok niej i przytulił.
- Zachowuję się jak dziecko… Przepraszam… – powtórzyła cichutko.
- Taką cię kocham. – Pogładził ją po policzku, po czym sięgnął do kieszeni. – Ronijko… wyjdziesz za mnie? – Popatrzył jej prosto w oczy, obracając w palcach złoty pierścionek ze szmaragdowym oczkiem.
Milczała przez dłuższy czas, zaglądając w swoje serce.
Czuła coś do Cygana, ale nie była pewna, czy to nie jest tylko echo dawnego, młodzieńczego uczucia. Natomiast to, co łączy ją z Jamesem, jest czymś zadziwiającym. Problem leżał w tym, że nie była pewna, czy to jest prawdziwa i jedyna na całe życie miłość…
Westchnęła cichutko.
W końcu chciała poczuć się bezpiecznie i spróbować być szczęśliwą. Chciała znaleźć człowieka, który ją pokocha taką, jaka jest, kogoś, kto się nią zaopiekuje i wspomoże w trudnych chwilach.
James patrzył na dziewczynę z niepokojem. Widział w jej pięknych, zielonych oczach, których nie mógł zapomnieć od ich pierwszego spotkania, strach i niepewność.
Kochał ją i chciał się z nią ożenić. Czuł, że jest to kobieta jego życia, ta, przy której szczęśliwie zestarzeje się, i z którą chciał mieć dzieci. Ta, która mu pomoże i wesprze ciepłym uśmiechem, łagodnym spojrzeniem i troską…
Delikatnie pogładził rudą po policzku.
- Jeśli się boisz odpowiedzieć mi teraz, to poczekam. – Chciał schować pierścionek, ale go powstrzymała.
- Nie, nie boję się… – szepnęła, uśmiechając się łagodnie. – A odpowiedź na twoje poprzednie pytanie brzmi… Tak. – Dotknęła jednym palcem miejsca, gdzie biło jego serce.
Uśmiechnął się i założył pierścionek na jej palec, po czym pocałował lekko dłoń dziewczyny.
- Cieszę się… – Odgarnął włosy z jej twarzy.
Przytuliła się do niego bardzo mocno, szczęśliwa, że wreszcie znalazła człowieka, przy którym jest jej miejsce. Przy którym spędzi resztę dni, przy którym będzie budziła się co rano i zasypiała co wieczór. Którego po prostu kochała…


Ronja wybitnie tej nocy nie mogła zasnąć, więc w końcu, znużona, wstała i wyszła na pokład. Tuż za progiem natknęła się na maleńką, wyrzeźbioną w drewnie różyczkę. Uśmiechnęła się smutno, wiedząc, kto ją tu zostawił.
Che…
Musiał słyszeć jej płacz i to, jak się obwiniała. Zrobiło jej się przykro, że nie wszedł do kajuty i z nią nie porozmawiał.
Ale kto był w stanie zrozumieć tego dziwnego, milczącego Cygana?
Nawet ona, choć w jej serduszku palił się płomyczek miłości do tego mężczyzny, nie zawsze go rozumiała.
Westchnęła cichutko i wróciła na chwilkę do kajuty, gdzie położyła różyczkę na stoliczku obok koji, po czym podreptała na śródokręcie. Z kajuty kapitańskiej doszły ją głośne krzyki i wrzaski. Przyczaiła się przy dziurce od klucza, podsłuchując.
- Głupiec! – To była oczywiście Kate. – Nie mogłeś choć raz dzisiaj wieczorem zachować się wobec Ronki miło, po całym tym zdarzeniu na pokładzie?
Dziewczynka posmutniała jeszcze bardziej, słysząc, że to ona jest przedmiotem sporu między przyjaciółmi. W jej oczkach pokazały się łzy.
- Kate, na miłość boską, odczep się ode mnie! – ryknął Che, który miał już dość dzisiejszego wieczoru. – Może byś tak przestała się interesować tylko Murriettą i zaczęła zauważać innych?
Dlaczego oni się tak strasznie kłócą? Miała ochotę wejść tam i nawrzeszczeć na nich, żeby przestali, bo to nic nie da, nawet ona o tym wiedziała. Już prawie naciskała klamkę, ale coś ją powstrzymało.
- A wiec tu cię boli, co???!!! – krzyknęła panna Watson. – Nie możesz znieść tego, że związałam się z kimś innym???!!!
- Dobrze wiesz, że nie o to chodzi!!! On cię wykorzystuje, jeśli tego nie widzisz, to jesteś ślepa!!! – Montero poderwał się na równe nogi.
- Nie pieprz mi tu głupot!!! – kontynuowała dziewczyna. – Chcę być szczęśliwa, nie rozumiesz???!!! Może nie możesz tego znieść, co, skoro własne życie ci się pogmatwało???!!!
- Nie wiedziałem, że jesteś aż tak głupia i ślepa na dodatek!!!
- Zamknij się, pacanie!!!
Ronja rozpłakała się i, nie licząc się z konsekwencjami swojego czynu, wpadła jak burza do kapitańskiej.
- Przestańcie na siebie krzyczeć! – wrzasnęła. – Przecież to nic nie da! – Przytuliła się do Cygana, obejmując go rączkami w pasie tak, jakby się bała, że Kate zrobi jej krzywdę. – Nie krzyczcie, zachowujecie się tak, jak moja matka… – wymamrotała, popłakując cichutko.
Caterina opadła na krzesło, przyciskając dłoń do ust. Jej szafirowe oczy wypełniły się łzami.
- Przepraszam, Ronusiu… – Wyciągnęła rękę do dziewczynki.
- Nie kłóćcie się… – wymamrotała ruda. – Ja słyszałam, że o mnie też się kłóciliście… – Popatrzyła na Hiszpana. – Przecież nic się nie stało… – szepnęła, nadal tuląc się mocno do mężczyzny.
- Już dobrze. – mruknął ciepło Che, przytulając dziewczynkę. – Chodź, położysz się spać. – powiedział, ani razu nie spoglądając na szafirowooką.
Ronja pokiwała nieśmiało główką.
- Ale ty położysz się obok mnie, dobrze? – poprosiła.
- Dobrze, tylko chodź już spać. – Bez wahania wziął dziewczynkę na ręce.
- Dobranoc, Kate. – Rudowłosa uśmiechnęła się do przyjaciółki ciepło. – Ty też już się połóż. – pouczyła ją, obejmując Hiszpana rączkami za szyję.
- Oczywiście. – Dziewczyna uśmiechnęła się blado.
Montero zaniósł pannę Morisette do jej kajuty i położył na koi.
Wyciągnęła do niego ręce, patrząc na mężczyznę ufnie.
- Miałeś się obok mnie położyć, obiecałeś. A odpowiedzialni dorośli dotrzymują obietnic. – Uśmiechnęła się lekko.
Uśmiechnął się nieznacznie.
- Przesuń się, aniołku..
Odsunęła się aż pod ścianę, żeby zrobić mu miejsce.
Położył się, objął ją ramieniem i spojrzał w zielone ślepka.
- A teraz posłuchaj… Ani ja, ani Kate nie kłóciliśmy się z twojego powodu. Między nami już od dawna się nie układa i wystarczy byle pretekst, aby wywołać awanturę.
- Ja nie chcę, żebyście się kłócili. – szepnęła dziewczynka, przytulając się do Hiszpana. – Nie lubię, jak ktoś krzyczy na siebie, bo na mnie matka ciągle wrzeszczy w domu. Nie będziecie już się kłócić? – zapytała, kładąc dłoń na jego dłoni.
- Nie będziemy. – obiecał i podniósł głowę, aby pocałować ją w czółko.
W tym samym momencie ruda też uniosła główkę, bo chciała pocałować Che w policzek w podzięce.
W tej samej chwili ich usta spotkały się. Przypadkiem, instynktownie, Bóg wie, z jakiego powodu, pocałowali się. Delikatnie i nieśmiało, pocałunek dużo krótszy niż uśmiech tęczy o poranku. Cygan pierwszy się odsunął.
- Ronja, tego nie powinno być…
- Dlaczego? – spytała cicho. – Bo mam tylko trzynaście lat? – Uniosła się, patrząc na niego ze złością w zielonych tęczówkach.
- Tak… – przyznał, chociaż w myślach dodał: „Ale tego nie widać po twoim ciele…”. – Nie wolno nam, choćbyśmy, nie wiem jak, chcieli… – Musnął palcami jej policzek.
- Kate była tylko o niecałe dwa lata starsza ode mnie, ale tobie to nie przeszkadzało. – Wpatrywała się w niego uparcie, nie przejmując zbyt mocno rozchyloną koszulą.
- Za ten błąd zapłaciłem… – szepnął, wpatrując się w jej ciało, ukrywające się pod ubraniem. – Ronja, problem w tym, że ja chcę… – wymamrotał bardzo cicho tuż przy jej uszku.
- Ja też… – Ujęła jego dłoń w swoją drobną rączkę i wsunęła ją pod rozchełstaną, męską koszulę.
Cofnął się jak oparzony.
- Nawet, gdyby miał to być tylko epizod w naszym życiu? Jedna, krótka noc… – Nie mógł się powstrzymać i odgarnął z jej policzka kosmyk włosów.
- Czy kiedyś gdzieś chciałeś uciec? Czy kiedyś, bo ja nie… Na świecie jest tyle głupot, tak w twoim świecie jest… Więc zanim znów gromy spłyną, może zapomnij się dla mnie…1 – zaśpiewała cicho, przysuwając się nieco bliżej mężczyzny.
Objął ją delikatnie w pasie i przyciągnął do siebie.
- Tylko mi zaufaj… – poprosił, całując delikatnie jej włosy i skronie. – Nie zrobię ci krzywdy…
- Wiem… – szepnęła, przytulając się do niego. – Ty byś nie umiał nikogo skrzywdzić… – dodała jeszcze ciszej.
- Wtedy zrobiłem krzywdę Kate… – Pocałował ją delikatnie w szyję. – Ale teraz nie skrzywdzę ciebie, aniołku…
- Ufam ci… – wyszeptała niemal bezgłośnie, obejmując go za szyję. – I wiem, że mi krzywdy nie zrobisz…
- Postaram się… – obiecał, rozpinając powoli jej koszulę i całując drobne ramionka dziewczyny.
Przytuliła się mocniej do niego, czując, jak jej serce bije gwałtownie. Chyba po raz pierwszy w życiu odczuła strach przed tym, co miało nastąpić, i lekko napięła wszystkie mięśnie.
- Nie bój się, kochanie… – Pocałował ją delikatnie w ramię i pogłaskał po główce. – Jeśli się boisz, mogę przestać…
- Nie… – wyszeptała, wtulając twarzyczkę pomiędzy jego ramię a szyję. – Nie przestawaj… – poprosiła. – Tylko ja nie wiem… Nie wiem, co mam robić… – dodała cichutko, przestraszona, że się będzie złościł i gniewał na nią.
- Zaufaj mi… – poprosił, przesuwając usta niżej, aż dotarł do jej piersi. – Tylko się nie bój… – Przesunął delikatnie samymi ustami po jej biuście, czekając, aż dziewczyna oswoi się z jego dotykiem.
Westchnęła cichutko, przymykając lekko oczy pod wpływem jego dotyku i rozluźniając mięśnie.
- Tak jest dobrze, skarbie… – wymruczał, trącając koniuszkiem języka jej sutek, a drugi delikatnie pieszcząc palcami.
Ponownie westchnęła, bo coraz bardziej jej się to podobało, i teraz była już w pełni rozluźniona.
Nie odrywając się od jej piersi, ujął jej drobne dłonie za nadgarstki i wsunął pod swoją rozpiętą koszulę, jakby chciał ją poprosić, żeby pomogła mu się rozebrać.
Chociaż dłonie jej nieco drżały, powolutku zsunęła z jego ramion koszulę, dotykając leciutko jego ciała.
- Nie bój się mnie… – Pocałował jej dłonie. – Nie gryzę… – szepnął, powracając do pieszczot jej piersi, ale tym razem nieco mocniej.
- Wiem… – wyszeptała, wzdychając nieco głośniej. – Mogę…? – spytała niepewnie, dotykając znów jego torsu.
Skinął lekko głową, przyciągając jej opaloną rączkę do swojej szerokiej, równie opalonej piersi. Sam dotykał jej ciała bardzo delikatnie, chcąc właśnie dzisiaj okazać jej jak najwięcej czułości, bo to przecież była dla niej niezwykła noc.
Pogłaskała go delikatnie po piersi, jakby bała się, że zaraz zniknie, zanim zdąży się nim nacieszyć. Jednym palcem zakreśliła malutkie kółeczko wokół jednego jego sutka, a potem drugiego, przez cały czas będąc bardzo ostrożną w swoich zachowaniach.
Uśmiechnął się do niej delikatnie, po czym przesunął usta na jej brzuch, pieszcząc językiem jej pępek i przez to nieco zagalopował się w pieszczotach, bowiem tak bardzo jej pragnął, że nie mógł o niczym innym myśleć, tylko o ich ciałach, splecionych razem w miłosnym uścisku.
Nieco wystraszona tym, że to może jej wina, że się tak zachował, cofnęła dłonie i znów napięła wszystkie mięśnie, spłoszona.
Pocałował ją czule w usta.
- To moja wina, kwiatuszku… Tak na mnie działasz… Nic na to nie poradzę, że chcę ciebie mieć już teraz… – Pieścił swoimi wargami jej usta.
- To dlaczego nie weźmiesz? – spytała cichutko, a jej głos był dodatkowo zduszony przez jego usta na jej drobnych wargach.
- Jeszcze nie… – Przesunął koniuszkiem języka między jej piersiami, aż do pępka i nieco dalej.
Westchnęła po raz kolejny, zupełnie nie rozumiejąc, skąd się bierze to gorąco, rozpływające się po jej ciele od podbrzusza.
Delikatnie, żeby jej nie wystraszyć, przesunął usta jeszcze niżej, pieszcząc ją niezwykle ostrożnie, jakby się bał, że ona się wystraszy tego, co się dzieje.
- Ojej… – jęknęła cichutko, czując jego usta w takim miejscu, gdzie się ich kompletnie nie spodziewała.
- Cichutko, skarbie… – Znów odnalazł drogę do jej ust, po czym zdjął spodnie i odrzucił je na koniec kajuty.
Gdy się przestali całować, co było dla Ronji równie nowym doświadczeniem, jak seks, dziewczynka obrzuciła Hiszpana długim spojrzeniem, w którym mieszał się podziw z odrobinką strachu.
- Nie wiedziałam, że… – Zarumieniła się. – Że to jest takie duże… – wymamrotała cichutko. – Nie będzie boleć? – spytała.
Roześmiał się cichutko, całując ją jeszcze czulej.
- Obiecałem, że nie zrobię ci krzywdy, aniołku… – szepnął jej do uszka. – Będzie boleć, ale tylko troszeczkę… – Pogłaskał ją po policzku, wodząc palcem od jej skroni aż do pępka. – Jeszcze możemy przestać…
- Nie chcę. – odparła cicho, ale stanowczo. – Ale postarasz się, żeby bolało tak bardzo malutko? – Rozchyliła dwa paluszki na parę cali.
- Obiecuję… – Pocałował ją delikatnie. – Tylko zaufaj mi jeszcze trochę bardziej…
- Przecież ufam… – Pogłaskała go jednym palcem po nosie. – A… A mogę dotknąć? – zapytała bardzo, bardzo cichuteńko.
Roześmiał się znów.
- Nie teraz, kochanie, bo będzie po wszystkim… – wymruczał jej do ucha, delikatnie trącając je koniuszkiem języka. – Ale dotkniesz…
- Będę grzeczna, obiecuję… – Przytuliła się mocno do niego, uspokojona i na powrót rozluźniona.
Przesunął usta znów na jej piersi i zaczął je dotykać, ale nie tak, jak przed chwilą. Nie oswajał jej ciała ze swoim dotykiem, a pieścił w najprawdziwszy sposób.
Leżała pod nim, zaciskając drobne dłonie na śnieżnobiałym prześcieradle i zamykając oczy, bo tak czuła się nieco pewniej i bezpieczniej.
- Ronjeczko, jeśli coś jest nie tak… – zaczął, bowiem jeszcze raz odezwały się w nim wyrzuty sumienia.
Uśmiechnęła się do niego łagodnie.
- Wszystko w porządku… – odparła cichutko, kładąc jedną dłoń na jego piersi i dotykając jej leciutko.
Przygarnął ją do siebie i zaczął całować bardzo namiętnie, jednocześnie powoli wchodząc w jej wnętrze i starając się nie sprawić dziewczynce zbyt wielkiego bólu.
Odwzajemniała tak, jak potrafiła, a więc nieco nieudolnie i nieporadnie, jego pocałunki, jednocześnie zaciskając drobne rączki na jego ramionach, bo to mimo wszystko bolało.
W pewnej chwili jego pocałunki znów stały się łagodne i delikatne, a sam objął ją niezwykle czule, pokonując jedyną przeszkodę dzielącą teraz ich ciała jednym pchnięciem.
Zadrżała z bólu, przytulając się mocno do niego, a spod jej zaciśniętej mocno powieki wypłynęła pojedyncza łezka i spadła na jego szeroką, opaloną pierś.
Oderwał swoje usta od jej jeszcze niemal dziecinnych warg.
- Przepraszam, aniołku… – Scałował ślad po łezce z jej policzka i zaczął się w niej poruszać powoli i delikatnie.
- Sama tego chciałam, nie przepraszaj… – poprosiła, nadal mocno wtulona w jego ramiona, w których zawsze czuła się tak bezpiecznie.
Pocałował ją jak szaleniec.
- A teraz posłuchaj tego, co tkwi głęboko w twoim serduszku… – polecił, poruszając się w niej nieco mocniej i szybciej.
Oplotła jego szyję swoimi drobnymi ramionkami, przymykając oczka i odpowiadając nieco nieśmiało na jego ruchy.
- Nie bój się… – szeptał jej do uszka, całując jej szyję i poruszając się w niej. – Nie duś w sobie tego, co ja dobrze czuję… – poprosił, gdy raz odpowiedziała mu nieco śmielszymi ruchami bioder.
Westchnęła cichutko, przytulając się nieco mocniej i dopasowując się do jego rytmu i siły poruszeń, a jednocześnie trzymając swoją twarzyczkę tak, że opierała swój policzek o jego.
Powoli zaczynał poruszać się coraz szybciej, aż w pewnej chwili niemal stracił nad sobą kontrolę, chcąc pokazać Ronji do czego, tak naprawdę, zmierzają dzisiejszej nocy.
Nagle, nie wiedziała nawet, kiedy to się stało, wstrząsnęły nią kilkakrotnie dreszcze, a cały świat zawirował w jakimś dziwnym, oszałamiającym tańcu.
Jęknął cichuteńko, czując, jak jego ciało przeszywa rozkosz, po czym ułożył się ostrożnie obok dziewczynki i próbował uspokoić oddech.
Przytuliła się do niego, nie wiedząc tak do końca, co się właśnie stało, i dlaczego to wszystko już się skończyło. A najgorsze było to, że wciąż ją tam na dole bolało…
- Boli, wiem. – Pocałował ją czule po chwili, kiedy już uspokoił oddech. – Ale przestanie, obiecuję… – Przygarnął ją do siebie. – Ronja… Wiesz, że źle zrobiliśmy? – zapytał cicho.
- Dlaczego? – spytała cichutko. – Wiem, że przestanie, bo zawsze przestaje boleć, każde zadrapanie czy siniak… A to takie troszeczkę podobne, prawda?
Roześmiał się znów, ale strasznie smutno.
- Tak, przestanie… I jest to troszeczkę podobne… – Pogłaskał ją po policzku. – Źle zrobiliśmy, bo masz ledwo trzynaście lat, kochanie… Tego między nami nie powinno być, jeszcze nie teraz… Bardzo źle zrobiliśmy…
- Kate miała piętnaście i to zrobiliście… – Popatrzyła na niego z wyrzutem, a w jej zielonych oczkach pojawiły się łzy. – Ty tego nie chciałeś ani troszeczkę! A ja ci się w ogóle nie podobam! – Odwróciła się plecami do niego i zwinęła w kłębek pod cieniutkim prześcieradłem. – Ty byś tylko chciał czekać i czekać…
- Kate i ja… – Westchnął ciężko. – To nie było tak… Upiliśmy się w jej urodziny, a wtedy brakowało tej czułości i delikatności, jaka była dzisiaj między tobą a mną… – Pogłaskał ją po włosach. – Jesteś dla mnie śliczna, ale wolałbym poczekać jeszcze parę lat, aż będziesz większa, żeby wszystko dokładnie rozumieć i, żeby twoje ciało się nie buntowało… I chciałem tego bardzo mocno, chociaż zachowałem się jak nieodpowiedzialny gówniarz… – Pocałował ją w skroń. – Pójdę już. – powiedział, po czym ubrał się i wyszedł z kajuty. – Dobranoc, ángel… – szepnął, zamykając za sobą drzwi.
- Che… – wyszeptała, nie chcąc zostawać teraz sama, nie po tym, co się między nimi wydarzyło.
Wtuliła drobną buzię w poduszkę i rozpłakała się jak mała dziewczynka, którą, mimo wszystko, była jeszcze w serduszku. Gdy się już uspokoiła, założyła na siebie koszulę i podreptała do kajuty Montero. Bezszelestnie wślizgnęła się do środka, koszulę powiesiła na krześle, po czym wsunęła się pod prześcieradło, objęła Hiszpana drobnymi rączkami w pasie i przytuliła się do jego pleców.
- Ronjeczko? – Obrócił się twarzą do niej i serce mu niemal pękło. – Przepraszam, kochanie… Chodź tu do mnie, moje najmilsze… – Przytulił ją do siebie.
- Przecież jestem. – Uśmiechnęła się z trudem, chcąc ukryć ślady po łezkach na jej policzkach. – Nie przepraszaj… – poprosiła, trącając noskiem jego policzek. – I dziękuję ci za tę śliczną różyczkę…
- Już cichutko… – Pogłaskał ją po mokrym policzku. – Płakałaś? Przepraszam… – Pocałował ją czule. – Źle zrobiłem wychodząc w takiej chwili… Perdone…2 Perdone za wszystko…
- Dlatego ja przyszłam do ciebie… – Uśmiechnęła się lekko. – A poza tym obiecałeś mi coś… – dodała.
- Co takiego? – zapytał łagodnie, głaszcząc ją po policzku bardzo, bardzo delikatnie.
- Że będę mogła go dotknąć. – zarumieniła się delikatnie, ale wciąż się uśmiechała.
Pocałował ją delikatnie, jakby bał się ją spłoszyć.
- A chcesz jeszcze raz? – wyszeptał tuż przy jej uszku.
- Chcę. – odparła, obejmując go na powrót drobnymi rączkami w pasie i tuląc się do niego.
- Moje najmilsze… – wymruczał, całując jej szyję. – Moja Ronjeczka… – Przesunął usta na jej małe, mlecznobiałe piersi, takie delikatne.
- Tylko twoja… – wyszeptała, cichutko wzdychając i dotykając delikatnie jego pleców.
Wymamrotał jej do uszka coś po hiszpańsku, po czym ujął ją lekko za nadgarstek i skierował jej palce w dół, pozwalając się leciutko dotknąć.
Dotykała go delikatnie, właściwie ledwo wyczuwalnie, trochę jeszcze onieśmielona i zaskoczona tymi wszystkimi nowymi rzeczami, jakie spotkały ją tej nocy.
Całował delikatnie jej piersi i brzuszek, po czym objął ją dłońmi w pasie i wszedł w dziewczynkę bardzo powoli i łagodnie, ale wiedział, że teraz nie sprawia jej bólu, tylko coś innego.
Westchnęła głośno, bo teraz już, o dziwo, nie zabolało, a było przyjemne. Uśmiechnęła się do niego delikatnie i po raz pierwszy wtuliła swoje drobniutkie, dziecinne usteczka w jego wargi.
Odwzajemnił jej pocałunek równie delikatnie, błądząc dłońmi po jej ciele i sprawiając jej niemałą rozkosz.
Głaskała go jedną dłonią po torsie, nie za bardzo wiedząc, co może jeszcze zrobić. Oparła policzek o jego ramię, wpatrując się w te czarne oczy, które pokochała swoim maleńkim serduszkiem z całych sił.
Ujął oba jej drobne nadgarstki i pokazał, jak może jeszcze go dotykać, jednocześnie poruszając się w niej powoli i leniwie, chcąc przedłużyć przyjemność dziewczynki.
Dotykała go tak, jak chciał, kompletnie zdając się na niego w tej sytuacji, bo teraz dla niej wszystko było nowością. Pocałowała go ponownie, chcąc znów poczuć jego usta na swoich.
Pocałował ją znowu bardzo namiętnie i takie to na małej sprawiło wrażenie, że cichutko jęknęła. Poruszał się w niej coraz mocniej, ale nadal powoli, chcąc otworzyć przed nią wrota do tego, co powinno być jeszcze przez parę lat ukryte przed tą małą, piękną dziewczynką.
Nagle zacisnęła drobne rączki na jego ramionach, bo wstrząsnął nią gwałtowny dreszcz rozkoszy, jakiego jeszcze nie znała. Jęknęła głośno, nie mogąc i nie potrafiąc się powstrzymać, by zaraz potem przylgnąć do niego bardzo, bardzo mocno.
Przygarnął ją do siebie z całej siły, a zaraz potem sam cichutko jęknął, czując, jak sam przekracza tamte wrota i zalewa go niesamowita rozkosz.
Wtuliła się w jego ramiona bardzo, bardzo mocno i zamknęła oczka, starając się uspokoić oddech i swoje ciało, ale nadal jeszcze drżała.
- Co to było? – spytała bardzo cichutko, jakby nieco wystraszona.
Uśmiechnął się i pocałował ją leniwie.
- A podobało ci się, skarbie? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Bardzo. – odparła, uśmiechając się leciutko i opierając główkę na jego piersi tak, że mogła słyszeć bicie jego serca.
- To była ta siła, która przyciąga do siebie kobietę i mężczyznę, i w chwili spełnienia daje im to, co my otrzymaliśmy. – szepnął, wracając do jej pytania. – To ta rozkosz, którą sprawiają sobie nawzajem, wybucha w ich ciałach.
Pokiwała główką i pogłaskała go delikatnie po brzuchu.
- Ale nie będę musiała teraz zostać twoją żoną? – spytała znowu.
Roześmiał się głośno, głaszcząc ją po główce.
- Nie, jeśli nie będziesz chciała… – Pocałował ją w czółko. – Pozwolisz, że o tym porozmawiamy, jak będziesz już trochę większa… – Uśmiechnął się lekko. – Skojarzyło ci się, że ja i Kate, po tym, jak się kochaliśmy, mieliśmy zostań małżeństwem, prawda? – Pogłaskał ją jednym palcem po nosku.
- Tak… – Ponownie pokiwała główką, przez co rude kosmyki opadły jej na twarz. – A poza tym Atticus mi mówił, że będę mogła spać u mężczyzny dopiero, jak wyjdę za niego za mąż. – wytłumaczyła.
Pogłaskał ją po policzku.
- Moje i Kate zaręczyny były tylko i wyłącznie dlatego, że rozkazał nam tak Stary, który miał tego pecha, że nas razem przyłapał… – Westchnął cicho. – W życiu nie widziałem tak wkurwionego Jeffa, jak wtedy. Dla niego Kate mogła robić, co jej się podobało, ewentualnie mając lat siedemnaście, ale teraz była jeszcze za mała, więc cóż… – Wzruszył ramionami. – Ronja… Za to, co teraz zrobiliśmy, Jeff może mnie nawet zabić…
Popatrzyła na niego tymi swoimi ogromnymi, zielonymi oczami, na których dnie był strach, po czym objęła go mocno za szyję.
- Nie dam cię, bo ty jesteś tylko mój, mój, mój… – wyszeptała, po czym pocałowała go, ale tak strasznie czule, z czego chyba sama nie zdawała sobie tak do końca sprawy.
Odwzajemnił jej czuły pocałunek, po czym przygarnął ją do siebie.
- Tylko nie wiem, jak nigdy, co teraz mamy zrobić. – Westchnął ciężko.
- Na razie nic nikomu nie powiemy… – szepnęła, głaszcząc go po policzku. – To będzie taka nasza malutka tajemnica, dobrze? – poprosiła. – A jak będę już dorosła, to wszystko wyjaśnimy Jeffowi. I może… – zaczęła, ale przerwała gwałtownie.
- I co? – zapytał łagodnie. – I może zostaniesz moją żoną, tak? – Zajrzał jej w oczy.
Opuściła wzrok.
- Ale ty byś przecież nie chciał kogoś takiego, jak ja… – szepnęła takim straszne smutnym głosikiem. – Bo ja za mała jestem…
- Teraz. – Pocałował ją w czubek noska i zmusił, aby spojrzała mu w oczy. – Ale jak będziesz większa…
- To może? – zapytała cichutko, a w jej oczach zabłysnęła nieśmiała nadzieja.
- Czas pokaże. – Pocałował ją czule na dobranoc. – Śpij, moja najmilsza…
- Ale nie zostawisz mnie samej, prawda? – spytała jeszcze, po czym wtuliła się w jego ramiona i zamknęła oczka.
- Nie… – obiecał, obejmując ją mocno ramionami. – Dobranoc, aniołku…

Rankiem
Ronja z trudem otworzyła oczy, gdy promienie słońca wlewały się przez okno do kajuty i padały na jej twarzyczkę. W pierwszej chwili nie za bardzo rozumiała, co się dzieje wokół niej i dlaczego nie jest w swojej kajucie. Dopiero po chwili dotarło do niej, co robiła w nocy z Che, a uświadomił jej to ból promieniujący z podbrzusza. Skrzywiła się leciutko i zaczęła szukać rączką dłoni Hiszpana, chcąc się do niego przytulić. Jednak Cygana nie było przy niej w łóżku. Zaskoczona i wystraszona, usiadła gwałtownie i rozejrzała się po kajucie, ale zamiast Montero ujrzała Kate, siedzącą na skraju łóżka.
- Kate? – wymamrotała, przerażona, że przyjaciółka będzie na nią wściekła, i czym prędzej nakryła się na powrót prześcieradłem. – Gdzie Che? – spytała cichutko.
Panna Watson odchyliła lekko prześcieradło, po czym przygarnęła do siebie dziewczynkę i mocno ją przytuliła.
- Nie bój się, kochanie… – szepnęła jej do ucha. – Che… Che musiał wrócić do swojego domu, do Hiszpanii. Dotarły do nas niepokojące wieści i Che musiał wrócić do rodziny. Jak najszybciej.
Mała skuliła się w kłębek i rozpłakała, wciąż wystraszona.
- Ale obiecał, że nie zostawi mnie samej… – wyłkała. – Nawet się nie pożegnał… – Rozszlochała się jeszcze bardziej.
- On wróci. – Caterina pocałowała Ronję w czubek główki. – Wróci, zobaczysz… Zostawił ci coś. – Zawiesiła na szyi małej naszyjnik z drobniutkich, kolorowych, szklanych paciorków.
- Ale ładny… – Dziewczynka uśmiechnęła się słabo przez łezki, widząc ozdobę. – Ale ja nie chcę żadnych naszyjników, ja chcę do Che… – Znowu się rozpłakała.
- Głuptasku… – Kate kołysała przez chwilę małą w ramionach. – Obiecał mi, że wróci do ciebie i słowa dotrzyma. Zobaczysz. Było mu przykro, że cię zostawia po tym, co stało się w nocy. – powiedziała, dobrze wiedząc, co się działo miedzy nimi.
- Skąd wiesz? – Odsunęła się od przyjaciółki, przestraszona. – Skąd wiesz, że on… Że ja… Że my… – zaplątała się.
- Widziałam. – odpowiedziała cicho Kate. – Poszłam wczoraj cię przeprosić i widziałam was razem… – Westchnęła. – Chodź tu do mnie, maleństwo… – Wyciągnęła do niej ręce. – Nie będę krzyczała… Chcę ci teraz pomóc… Boli, prawda?
- Bardzo… – wyszeptała mała, okrywając się prześcieradłem i wdrapując na kolana przyjaciółki. – On powiedział, że jak będę już dorosła, to może zostanę jego żoną… – powiedziała bardzo cichutko. – Bo się go spytałam, czy już teraz bym musiała wyjść za niego za mąż, bo przecież ty tak musiałaś zrobić… – Pociągnęła rozpaczliwie noskiem, żeby znowu nie płakać.
- Nas nakrył Jeff i jego wrodzona przyzwoitość wzięła górę nad rozsądkiem… – Panna Watson pogłaskała Ronję po główce. – Gdyby Jeff dowiedział się o tym wszystkim, w przypływie złości mógłby nawet zabić Che… – Zadrżała. – Dlatego nic mu nie powiemy. – Wskazała dłonią na ogromną balię z ciepłą wodą stojącą w kajucie. – Wykąp się, woda złagodzi ból…
- Dobrze… – Dziewczynka pokiwała główką i pocałowała przyjaciółkę w policzek.

Dziewczyna uśmiechnęła się smutno do swoich wspomnień. Bo potem… Potem, jak zniknął Che, było tylko gorzej.
W jej oczach pojawiły się łzy, gdy uzmysłowiła sobie, że teraz mogłaby kogoś przedstawić Montero. Kogoś, kto miałby tak samo na nazwisko…
Otarła wierzchem dłoni łzy z policzków, przypominając sobie, że jeszcze czegoś ją nauczył ten człowiek, który leżał teraz praktycznie bez duszy na koi…
-Ya he ya he ya la he Y conoci tus ojos negros Ya he ya he ya la he Y ahora so que no Puedo vivir sin ellos…3 – zaśpiewała cichutko, nadal głaszcząc go po dłoni.
Nagle ścisnął jej rękę i zaśpiewał równie cicho:
- Le pido al cielo solo un deseo Que sin tus ojos yo pueda vivir He recorrido ya el mundo entero Y una cosa te vengo a decir Viaje de Bahrein hasta Beirut Fui desde el norte hasta el polo sur Y no encontre ojos asi como los que tienes tu…4 – Uśmiechnął się blado i z trudem otworzył oczy. – Buenos dias, ángel…5
- Che… – wymamrotała Ronja, po czym rzuciła mu się z płaczem i śmiechem na szyję. – Tak się o ciebie bałam… – wykrztusiła.
- Dios mío6, kobieto, bo mnie zadusisz… – wymamrotał z uśmiechem na twarzy.
- To z miłości. – Pocałowała go w policzek, uśmiechając się przez łzy.
W tym momencie z trzaskiem otworzyły się drzwi od kapitańskiej i w progu stanął lekko pijany Sawyer.
- Nie przeszkadzam? – zapytał kulturalnie, widząc rudą przytuloną do Hiszpana, który był bez koszuli.
- Che się obudził! – pisnęła panna Morisette, nie zwracając uwagi na to, że blondyn jest na lekkim rauszu.
Hiszpan zmarszczył lekko brwi.
- A pan to…?
- Kapitan James Sawyer do usług. – Blondyn skłonił się lekko. – Witam na „Królu Jerzym”. – dodał z przekąsem.
Zielonooka otarła łzy z ubrudzonej twarzy.
- Montero, jeszcze raz mi taki numer wywiniesz, a powieszę te twoje kalesony na maszcie. – zagroziła, uśmiechając się wesoło.
- Sawyer? – Cygan powtórzył, czy aby dobrze słyszy, po czym uśmiechnął się słabo do rudowłosej. – Nie, już nic nie zrobię, grzeczny będę…
- No, ja mam nadzieję. – Popatrzyła na niego roześmianym wzrokiem. – A teraz, jak masz być grzeczny, to śpij. Rano przyjdę ci opatrunek zmienić i pogadamy. – Pogładziła go lekko po policzku.
James zmarszczył brwi, zaniepokojony tymi bliskimi kontaktami dziewczyny i Hiszpana.
- Tak jest. – Mężczyzna niemal zasalutował, po czym podniósł się na łokciu i spojrzał na Sawyera. – Señor wybaczy brak mojej kultury, nazywam się Charles Montero. – Skinął lekko głową.
- Miło mi… – mruknął blondyn.
Ronja podniosła się w końcu na nogi i lekko wygładziła pomiętą spódnicę.
- Chodź, James, dajmy się temu Hiszpanowi wyspać, bo inaczej to mnie Watson zabije, jak on nie wyzdrowieje. – Zachichotała, marszcząc lekko nosek.
Sawyer objął dziewczynę ramieniem i przytulił zaborczym gestem, po czym pocałował w skroń.
- Jak sobie życzy moja pani. – Uśmiechnął się lekko.
- ¡Ángel…! – szepnął jeszcze Che.
- ¿Sí, señor?7 – Odwróciła się do niego, zaniepokojona.
Uśmiechnął się lekko.
- Gracias…
Skinęła mu głową i uśmiechnęła się ciepło.
- Śpij spokojnie. – powiedziała, wychodząc i ciągnąc za rękę Sawyera.
James nie odzywał się, idąc posłusznie za panną Morisette. Zatrzymali się na środku pokładu.
- Gdzie będziemy nocować? – zapytała dziewczyna, unosząc głowę do góry i patrząc na blondyna.
- Ty możesz spać ze swoim przyjacielem. – odparł lodowato chłodnym tonem.
Zmarszczyła brwi.
- O co ci chodzi, James? – spytała, odwracając się przodem do niego.
- Mnie? Absolutnie o nic. – prychnął mężczyzna. – Chodź. – Pociągnął ją za rękę.
Zanim zdążyła zareagować, wepchnął ją do jakiejś kajuty pod pokładem.
- A teraz sobie porozmawiamy. – stwierdził. – Kto to jest ten Hiszpan? – zapytał.
- Mój i Kate przyjaciel. – odparła, opierając się plecami o ścianę pomieszczenia i splatając ramiona na piersi.
- Przyjaciel? – prychnął ironicznie James.
- Przepraszam, o co ci, do jasnej cholery, chodzi?! – zdenerwowała się ruda. – Masz mi za złe to, że go ratowałam, opatrywałam i się nim opiekuję?! – ryknęła.
- To, jak się do niego mizdrzyłaś. – odparował, nie podnosząc głosu.
- Ja się mizdrzyłam do Montero?! Czy tobie naprawdę słoneczko zaszkodziło?! – Zaśmiała się kpiąco. – Nic nas nie łączy, on jest dla mnie jak brat i nauczyciel. – dodała, przypatrując się blondynowi, chociaż tak do końca chyba nie mówiła całej prawdy. – Powiedz mi wprost, że jesteś o mnie zazdrosny, a nie robisz głupie awantury. – stwierdziła w miarę normalnym głosem.
- Ronja… – James podszedł do dziewczyny i odgarnął jej włosy z twarzy. – Zrozum, że… – zaczął i urwał, nie wiedząc, co ma dalej mówić.
Uśmiechnęła się łagodnie
- Już dobrze… – szepnęła, wspinając się na palce i całując go delikatnie.
Gdy oderwał się od jej ust, zsunął się z pocałunkami na szyję i dekolt dziewczyny, gdy ta zaczęła rozpinać jego koszulę. Po chwili ona nie miała gorsetu na sobie, a on został pozbawiony koszuli.
Pochylił się i przeniósł ją na koję.
- James… – wyszeptała, wpatrując się w jego oczy z lekkim przestrachem, jakby bała się tego, co się między nimi dzieje.
- Ciii… – Położył delikatnie palce na jej wargach. – Nie bój się mnie. – dodał.
Uśmiechnęła się lekko i przyciągnęła go do siebie, zamykając usta kolejnym pocałunkiem. Ta pieszczota nie była już taka delikatna, jak ta poprzednia. Ta była przepełniona namiętnością i pożądaniem, które opanowało dziewczynę z potężną siłą, której nie sposób było się oprzeć. Wplotła palce w jego włosy, zapominając o bożym świecie.
Chciał jej powiedzieć, że jest dla niego bardzo ważna i chce, by była z nim, bo zaczyna czuć do niej coś więcej, ale było jeszcze za wcześnie. Nie czuł się pewny do końca swoich uczuć.
Popatrzył w zielone oczy panny Morisette, mając nadzieję, że ona zrozumie.
Całował jej usta, oczy, szyję, ramiona, dekolt… Całował ją całą, chcąc zapamiętać dotyk jej skóry, jej zapach. Chciał nauczyć się tej dziewczyny na pamięć, by już nigdy go nie opuściła, by żyła w jego marzeniach i w tych na jawie, i w tych sennych. Zsunął się z ustami jeszcze niżej, pieszcząc językiem jej piersi, a potem brzuszek. Po czym…
Jęknęła cicho, gdy zsunął z niej spódnicę i ściągnął zębami jej skąpą bieliznę.
- James… – wyszeptała.
- Tak? – Przesunął usta po wewnętrznej stronie jej uda.
- Chodź do mnie… – poprosiła, wyciągając do niego dłonie i chyba podświadomie wyczuwając, że zdążył pozbyć się spodni.
Przygarnął ją do siebie, tonąc w zieleni jej oczu i ogniu pocałunków…

1 Andrzej „Piasek” Piaseczny – Proszę, zapomnij się.
2 Hiszp. Przepraszam.
3 Shakira – Ojos asi; hiszp. Ya he ya he ya la he! I widziałam twoje czarne oczy. Ya he ya he ya la he! I teraz, jeśli nie będę mogła bez nich żyć…
4 Shakira – Ojos asi; hiszp. Poproszę niebiosa tylko o to, bym mógł żyć w twoich oczach. Obiegłem już cały świat i przynoszę ci jedną wieść. Przybyłem od Bahrajnu do Bejrutu, byłem na północy i na biegunie południowym i nie znalazłem oczu takich jak twoje…
5 Hiszp. Dzień dobry, aniele…
6 Hiszp. Mój Boże.
7 Hiszp. Tak, proszę pana?

Panna Hudson, a raczej Morisette, przez cały czas, gdy medyk opatrywał poranionego Cygana, dzielnie mu pomagała, to podając bandaże, to przemywając ostrożnie rany, to biegając po świeżą wodę. Była zmęczona, wybrudzona krwią i jakimiś lekarstwami, ale przez cały czas nawet nie mruknęła pod nosem, że musi odpocząć. Czuła, że jeżeli Hiszpan nie przeżyje, to Kate jej tego nie wybaczy. A tym bardziej ona sama sobie nigdy by tego nie wybaczyła. Gdy opatrzyła wraz z Thomasem ostatnią ranę, opadła bezsilnie na krzesło.
- I co teraz? – spytała cichym głosem.
- Jeżeli nie obudzi się w ciągu tej nocy, to nie przeżyje, przykro mi… – odparł równie cicho medyk.
Popatrzyła na niego ogromnymi oczyma, w których pojawiły się łzy.
- Jesteś tego pewny? – drążyła dalej, a po ostatnim słowie jej głos gwałtownie się załamał.
- Tak, panienko, przy tak rozległych obrażeniach, to będzie cud, jeżeli nie umrze. – Brennet dotknął lekko ramienia dziewczyny.
Zignorowała znienawidzone określenie jej jako panienkę i tylko przyglądała się niewidzącym wzrokiem Che.
- Może dam panience jakiś środek na uspokojenie i dobry sen? Odpocznie panienka… – zaproponował medyk.
Pokręciła lekko głową.
- Nie, nic nie chcę. – Powoli podniosła się na nogi. – Dziękuję za pomoc. – Uśmiechnęła się blado, ale z wdzięcznością.
- Takie są moje obowiązki, panienko… – Brennet skłonił się lekko, zabrał swoje rzeczy i wyszedł.
Dziewczyna podeszła wolnym krokiem do koi i przysiadła na jej skraju. Delikatnie pogładziła nieprzytomnego Montero po dłoni. On jej zawsze pomagał i jej bronił, był jej nauczycielem, gdy była małą dziewczynką. Przypomniała sobie, jak raz uratował jej życie…


Rude stworzenie biegało wesoło po pokładzie „Zorzy Polarnej” z radosnym śmiechem. A za tym potworkiem rodzaju żeńskiego pędził stary Jeff Sparrow, próbując ją złapać.
- Ronja, stój!!! – krzyknął, zatrzymując się w miejscu i gwałtownie łapiąc powietrze.
- Nie, bo mi wlejesz! – pisnęło dziewczę, po czym potknęło się o jakieś liny i wypadło z krzykiem za burtę.
- Ronja! ¡Por el amor de Dios!1 – krzyknął jakiś mężczyzna i skoczył do wody za dziewczynką. – Co ty kombinujesz, aniołku? – Złapał Ronję delikatnym, acz silnym gestem.
- Nic. – Ruda mocno objęła swojego wybawiciela rączkami za szyję. – Ja tylko podkradłam Staremu jego kalesony, bo chciałam z nich banderę zrobić. – Uśmiechnęła się niewinnie do czarnych, tajemniczych oczu.
Młody pirat uśmiechnął się lekko i podpłynął w stronę burty, cały czas trzymając mocno dziewczynkę.
- To następnym razem staraj się tylko nie wpadać do wody, dobrze? – poprosił.
- Obiecuję. – Ronka zasalutowała. – Chociaż nie… Następnym razem ukradnę twoje kalesony. – Zachichotała jak małe diablę.
Uśmiechnął się pod nosem.
- To już dam ci swoją koszulę, zgoda? I nawet pomogę, jeśli będziesz chciała.
- Ja to sobie zapamiętam! – pisnęła mała, wdrapując się jak małpka po linie, którą im zrzucono.

Uśmiechnęła się leciutko, przypominając sobie Montero w roli jej nauczyciela…


Ronja wpadła jak burza do kajuty kapitańskiej na „Zorzy Polarnej”, nawet nie pukając, a tym samym przeszkodziła wybitnie zajętej sobą parze. Z radosnym chichotem zasłoniła oczęta rączkami.
- Ja nic nie widziałam! – pisnęła. – Poza tym nie deprawujcie dziecka, co?! – dodała z pretensją.
- Che… – Kate szybko narzuciła na siebie koszulę señor2 Montero. – Weź jej coś powiedz, bo mnie ręce opadają… – westchnęła.
Che uśmiechnął się wesoło, usiadł na łóżku i pocałował pannę Watson w szyję, po czym zwrócił się do małej:
- A ciebie, młoda damo, nie powinien pilnować Jeff?
- Mnie tutaj przysłał ten stary piernik! – odparowała dziewczynka, wdrapując się na stolik i machając wesoło nóżkami w powietrzu, a w szerokim uśmiechu pokazując z dumą brak przedniego ząbka. – Zresztą, wy tam nie jesteście lepsi od niego, też wszystko takie stare próchna… – dodała, marszcząc pociesznie nosek.
- O Boże, zabiję z miłości, jak Boga kocham… – mruknęła Kate i rzuciła w Ronję poduszką.
- No co?! – Rude stworzenie uchyliło się przed pociskiem. – Z dwojga złego lepiej czymś lżejszym… – westchnęła sentencjonalnie. – To nie rozsypujące się, upierdliwe próchno, które może zawsze i wszędzie… – zaczęła. – O! To zupełnie tak jak wy. – Wyszczerzyła się.
Kate zrobiła minę, jakby miała zaraz rzucić się na Ronję, a Che uśmiechnął się wesoło do dziewczynki zza pleców panny Watson.
- No, dobra, nie wiem, jak ty, Kate, ale podejrzewam, że Che to pewnie pasuje do mojej teorii… Zresztą, wszyscy faceci są z jednej gliny ulepieni. – Zachichotała.
- Dość. – mruknęła Caterina i zakopała się w pościeli. – Ja się tak nie bawię.
Cygan pokręcił głową, dzięki Bogu, ubrany jeszcze w spodnie, wstał i ściągnął dziewczynkę ze stolika.
- Na temat zalet mężczyzn pogadamy za jakiś czas, ángel3, obiecuję. – Uśmiechnął się i wypchnął mała za próg.
- Ale Stary kazał wam powiedzieć, że macie mu pomóc przy abordażu jakichś patałachów z Royal Navy! – pisnęła Ronka, mało nie zabijając się w progu. – Powiem mu, że mnie przez okno wyrzuciliście i wam się dostanie, o!
- Bynajmniej tobie, nie mnie… – pisnęła Kate, po czym zerwała się na równe nogi. – Abordaż?! I ja nic o tym nie wiem???!!!
- No przecież ci powiedziałam! – Panna Morisette zrobiła naburmuszoną minę, po czym wdrapała się na jakaś beczkę, gdzie usiadła po turecku, obrażona na cały świat. – Wszyscy mnie traktują jak małe dziecko… – mamrotała pod noskiem.
Che pogłaskał Ronję po rudej główce.
- Bo się o ciebie troszczą, aniołku. – powiedział. – Dlatego proszę, zostań dzisiaj w swojej kajucie, dobrze?
- Pocałuj mnie w nos, bo mój tyłek to dla ciebie przyjemność, ot co. – mruknęła nadal obrażona dziewczynka.
Hiszpan pocałował małą w nosek, zgodnie z życzeniem.
- Por favor…4 – Uśmiechnął się samymi kącikami ust. – Zrób to dla mnie…
- To był cios poniżej pasa. – prychnęła ruda, złażąc z beczki. – Nagroda mi się będzie jakaś należała i to na pewno nie będzie szorowanie pokładu! – pisnęła, krzyżując rączki na piersiach.
- Oczywiście, że nie. – obiecał. – Pomożesz mi wyznaczać kurs, co?
Ronji aż się zaświeciły zielone oczka.
- Nie ma sprawy! – krzyknęła, po czym pobiegła do swojej kajuty.

Dziesięć minut później
Mała, ruda główka pojawiła się nad krawędzią pokładu, po czym ogromne, zielone oczęta rozejrzały się uważnie po śródokręciu. Ronja nie wytrzymała i musiała wyjść na zewnątrz i zobaczyć, co się dzieje. Przydreptała do przejścia na wrogi okręt i, jak zaczarowana, zaczęła wpatrywać się w walczących piratów. Nagle jej wzrok przykuł Montero, który toczył pojedynek z dwoma żołnierzami na raz. Wlepiła w niego oczka jak zahipnotyzowana.
- Che! – krzyknęła Kate gdzieś z tłumu. – Kończ tę zabawę, nie mamy całego dnia!
- I kto powiedział, że kobiety to sama przyjemność? – mruknął pod nosem Hiszpan.
Gdy żołnierze próbowali go naraz zaatakować, po prostu schylił się, a Królewscy sami się przebili szpadami5.
- Gracias, señor6, za wyręczenie mnie. – mruknął w stronę jednego trupa.
Rozejrzał się dookoła i dostrzegł czyjąś rudą główkę…
Ronka pisnęła, gdy nad jej uchem przeleciała kula z muszkietu7 i utkwiła w maszcie. Zanurkowała za stos lin i stamtąd przyglądała się kończącemu się abordażowi.
- Ronja!!! – Che wyciągnął dziewczynkę zza lin. – Co ty tutaj robisz?!
- Eee… Siedzę… – Wpiła w niego ogromne oczy, w których błyszczał podziw.
- Miałaś siedzieć w kajucie, aniołku… – westchnął Cygan.
Wzruszyła ramionami.
- Ale tutaj się świeżego powietrza nawdycham… – mruknęła, a w tym samym momencie powiała lekka bryza, przynosząc ze sobą zapach potu, krwi i prochu.
Mała lekko pozieleniała na twarzy, ale nie odwróciła wzroku.
- Ja chcę tak walczyć jak ty… – wymamrotała pod nosem.
Ciemne oczy mężczyzny zdały się jeszcze ciemniejsze.
- Najpierw musisz zrozumieć, dlaczego walczysz… Bo zabicie człowieka nie jest takie proste, jak się wydaje. Zapamiętaj.
- Dobrze… Ale ja chcę! – pisnęła, tupiąc nóżkami i patrząc na Hiszpana spojrzeniem pełnym podziwu.
Pokręcił głową, uśmiechając się pobłażliwie.
- Nauczę cię… Jak grzecznie pójdziesz teraz do kajuty.
- Ja was pieprzę… – mruknęła panna Morisette. – Idź do kajuty, bądź grzeczna, zamknij się, co ja jestem, kurwa?! – pisnęła, obrażona.
- Ronja! – krzyknął Che ostrzegawczym tonem i spojrzał na dziewczynkę prosząco. – Idź, proszę.
- No, przecież idę, czego się czepiasz?! – Splotła rączki na piersi. – Chryste Panie, to tylko mężczyzna… – westchnęła z rezygnacją i podreptała do kajuty.

Kilka lat później
Ronja, teraz raptem trzynastoletni podlotek, podciągnęła przyduże męskie portki i wytarła nos o rękaw koszuli.
- To co teraz, ¿señor? – zapytała swoim zwykłym w ostatnim czasie, krnąbrnym tonem.
Che uśmiechnął się pod nosem i błyskawicznie rzucił dziewczynce broń, po czym bez ostrzeżenia zaatakował.
- Zobaczymy, co umiesz po ostatnich lekcjach. – Uśmiechnął się nieznacznie i uważnie obserwował jej ruchy.
Panna Morisette splunęła pod nogi, zatarła dłonie i złapała zgrabnie broń, po czym odparowała atak mężczyzny.
- Ano, zobaczymy. – mruknęła pod nosem, zdmuchując niepokorne kosmyki rudych włosów z oczu.
Co dziewczynie trzeba było przyznać, to bronią białą8 potrafiła się posługiwać. Lekcje, których udzielali jej Che, Kate i jej własny brat, Atticus, procentowały, że aż dziw. Walcząc, poruszała się z gracją, jakby tańczyła, a na dodatek uśmiechała się ciągle pod nosem, jakby to wszystko ją bawiło.
Ale Montero lubił ją drażnić, gdy walczyli, aby nauczyć ją koncentracji w takich momentach, a jednocześnie skupienia na otoczeniu.
- Nie osłaniasz lewej strony, ángel. – mruknął, celując w jej lewe ramię.
- Nie denerwuj mnie, bo nie twoja koszula będzie robiła za banderę, a kalesony, jak ci obiecywałam te parę lat temu… – prychnęła ruda, zgrabnie okręcając się na pięcie i osłaniając przed ciosem Hiszpana.
Załoga, która często przyglądała się walkom Cygana i rudzielca, teraz też zgromadziła się wokół nich, obstawiając, kto wygra. Większość zakładów była po stronie mężczyzny.
Che uśmiechnął się pod nosem i wyjął skądś długi nóż.
- A co zrobisz, gdy przeciwnik ma drugą broń? – zapytał, atakując ponownie.
- Może się rozbiorę, jak będzie przystojny? – zaproponowała, szczerząc się i podbijając łokciem jego nadgarstek, po czym zwinnie przemknęła pod jego ramieniem. – Czyli ty nie masz na co liczyć. – Pokazała mu język, zupełnie jak kilkuletnia dziewczynka.
Kate siedziała gdzieś na beczkach i oglądała całe zdarzenie.
- Che, no nie mów mi, że wygram zakład z Kurtem. – Uśmiechnęła się szeroko do kucharza, z którym założyła się, że, o dziwo, Ronja wygra.
Montero odwrócił się gwałtownie i podstawił rudzielcowi nogę, ciekaw, cóż ona uczyni.
Nie spodziewając się tego, panna Morisette potknęła się o nogę Cygana, ale zareagowała z zadziwiającą wręcz u niej przytomnością umysłu, błyskawicznie robiąc przewrót w przód po deskach i podrywając się na równe nogi.
- Fryzurę mi zepsułeś… – prychnęła pod nosem, odbijając ostrze mężczyzny.
- Jaka szkoda… – zakpił, chcąc wytrącić ją z równowagi. – Wielkiej krzywdy to ci nie zrobiło… – Specjalnie popełnił błąd, ciekaw, czy dziewczyna to zauważy.
- Mogę ci przywalić w pysk? – warknęła, ciskając z oczu błyskawice.
Zauważyła jego błąd i wykorzystała go trochę automatycznie, a trochę z rozmysłem. Podbiła rękę mężczyzny, po czym kopnęła w piszczel i przyłożyła koniec ostrza do szyi.
Hiszpan uśmiechnął się lekko, kompletnie niezrażony całą sytuacją.
- Wygrałaś. – stwierdził, ot, tak sobie.
- Bo mi pozwoliłeś. – odparła z zimną krwią. – W życiu byś nie popełnił tak kretyńskiego błędu jaki zrobiłeś. Nie musiałeś mi dawać forów.
Che milczał. Uparcie milczał, bo dziewczyna miała rację.
Popatrzyła na niego. W zielonych oczach odbił się smutek pomieszany z bólem i wściekłością.
- Dobrze wiem, dlaczego mi dałeś fory. – szepnęła tak, żeby tylko on ją słyszał. – Bo jestem dziewczyną, a na dodatek dużo młodszą. – Rzuciła broń pod jego nogi i odwróciła się na pięcie, po czym zeszła pod pokład, do swojej kajuty.
- Ronja… – Cygan pobiegł za dziewczynką.
Zanim wpadł do kajuty, panna Morisette, z oczyma pełnymi łez, splotła włosy w warkocz i obcięła go. Gdy mężczyzna zatrzymał się w progu, odwróciła się w jego stronę, a rude kosmyki, sięgające ledwo do ramion, rozsypały się w nieładzie wokół jej twarzy.
- Czego chcesz? – zapytała.
- Coś ty zrobiła z włosami? – odparł pytaniem na pytanie Che, zaplatając ręce na piersi.
Zanim zielonooka odpowiedziała, jak spod ziemi wyrosła Kate.
- Che, dość już namieszałeś. – mruknęła złowrogo.
Ostatnio wcale nie mogła się porozumieć z señor Montero, tylko ciągle się kłóciła, bowiem Hiszpan ostrzegał ją przed innym marynarzem, niejakim Murriettą, który z każdym dniem stawał się dziewczynie bliższy.
- Oczywiście. – odmruknął, wzruszył ramionami i wrócił na pokład.
- Hej, Ronuś. – Panna Watson uśmiechnęła się lekko. – Mogę wejść?
- A rób co chcesz. – mruknęła obojętnym tonem ruda, patrząc na swoje odbicie w lustrze smętnym spojrzeniem.
Caterina weszła do kajuty i usiadła na koi.
- Chodź tutaj. – Poklepała miejsce obok siebie.
Dziewczynka oklapła na posłanie, zdmuchując z oczu przydługą grzywkę.
- Hm? – Oparła się plecami o ścianę.
- Oj, nie przejmuj się. – Kate uśmiechnęła się wesoło. – To tylko mężczyzna, czego się po nim spodziewasz? – Zrobiła minę znawczyni.
- Z racji tego, że ślepia ma wciąż wpatrzone w ciebie, jak w obrazek, to raczej niczego… – wymamrotał pod noskiem rudzielec, zupełnie nieświadomie, po czym uderzył się dłonią w czoło. – Cholera!
- Oj, Ronuś. – Panna Watson uśmiechnęła się słabo. – On nie ma ślepi wpatrzonych we mnie… – urwała. – Chociaż to by tłumaczyło jego idiotyczne zachowanie ostatnimi czasy.
- Nie no, wcale… – Dziewczynka splotła rączki na piersi i zmarszczyła piegowaty nosek. – Głupia jestem, ot co, też mi się gruszki na palmie zamarzyły, ja i Montero, aha… – mruczała pod noskiem, po czym wstała i zabrała się za sprzątanie kajuty.
- Ronusieńko… – mruknęła Caterina. – A co ty na to, żeby dzisiaj wieczorem załamać nerwowo pana Cygana naszego, znaczy, żeby mu było jeszcze bardziej głupio niż teraz? – Uśmiechnęła się figlarnie.
- Coś ty wymyśliła? – Ronka zamarła z głową w szafie, po czym wyprostowała się.
- Powiedzmy, że dzisiaj wieczorem jest kolacja, no nie? – Kate uśmiechała się nadal.
- I co w związku z tym? – zainteresowała się bez entuzjazmu ruda.
- Jak to co? – Panna Watson oburzyła się. – Musisz się przebrać, nieprawdaż?
- I niby co mam założyć, takie płaskie i chude, a na dodatek brzydkie jak Kraken stworzenie jak ja? – zapytała dziewczynka, nieświadomie powtarzając słowa własnej matki.
- Twoja matka tak mówiła, co? – Czarnowłosa spojrzała na przyjaciółkę uważnie.
- To ta łagodniejsza wersja. Ta druga była zwykle w towarzystwie szpicruty albo pogrzebacza i brzmiała mniej więcej tak, że jestem głupią, tępą krową, która zawsze wlezie tam, gdzie jej nie proszono, jak ona w ogóle mogła mnie urodzić i wychować, za jakie grzechy młodości jej się narodziłam, a w ogóle to powinnam mieszkać u służby, bo to wstyd się z takim bachorem nieokrzesanym pokazywać u znajomych. – odparła zielonooka, wzruszając ramionami. – A, no i do tego dorzuć co zdanie kolejne uderzenie. – Skrzywiła się niechętnie. – Więc co mam założyć?
Caterina przysłuchiwała się temu wszystkiemu z dziwnym spokojem. Wyciągnęła ręce do dziewczynki.
- Dokładnie wiem, co czujesz. – szepnęła. – Chodź tu, aniołku…
Ronja wdrapała się na kolana panny Watson i przytuliła do niej.
- Nie chcę tam wracać, Kate… – powiedziała bardzo cichutkim szeptem.
- Wiem, kochanie, wiem… – Dziewczyna mocno przytuliła do siebie rudowłosą trzpiotkę. – I nie wrócisz, obiecuję ci.
- To dobrze… – Mała zmarszczyła lekko nosek. – To może teraz wymyślimy taki strój, żeby señor Montero było naprawdę głupio? – zapytała, uśmiechając się leciutko.
- Oczywiście. – Caterina uśmiechnęła się promiennie, całując dziewczynkę w czubek główki. – I zrobimy coś z twoimi włoskami, dobrze?
- Dobrze. – Ronja pokazała w uśmiechu białe ząbki.

Wieczorem
Wszyscy, co do joty, siedzieli już od dawien dawna w kubryku. Jeff rozmawiał z Birley’em, Kate flirtowała z Murriettą i oboje bynajmniej nie myśleli o jedzeniu, a Che obserwował tę dwójkę z ukosa i zastanawiał się, gdzież, u licha, jest Ronja, bo jej miejsce było puste.
- Tey… – Do pomieszczenia wszedł Rudy. – A gdzie młoda? Już jej moja kuchnia nie smakuje?
W tym momencie do kubryku wpadła jak kula armatnia panna Morisette, przytrzymując skraj sukienki w rączkach i stukając obcasikami bucików. Włoski miała zebrane w warkocz, niedługi, bo niedługi, ale za to z wpiętą weń ozdobną klamrą z perełkami. Do tego była ubrana w prostą, czerwoną sukienkę z krótkim rękawem i niedużym dekoltem. Zdyszana, przystanęła i odgarnęła włoski z twarzy.
- Przepraszam za spóźnienie. – Uśmiechnęła się szeroko i grzecznie dygnęła, niczym dobrze wychowana panienka.
Załoga oniemiała. Nigdy nie widzieli Ronji ubranej inaczej niż w męskie spodnie i za dużą koszulę. A teraz…
Z piersi zgromadzonych mężczyzn wydarło się ciche, pełne uwielbienia westchnienie, a w czarnych oczach Che błysnęło jakieś uczucie…
Natomiast dziewczynka, jakby nie widząc spojrzeń i nie słysząc westchnień, grzecznie usiadła na swoim miejscu, które znajdowało się obok miejsca señor Montero. Uśmiechając się leciutko pod noskiem, sięgnęła po miskę z zapiekanką z krewetek, ale ktoś ją ubiegł i podsunął naczynie dziewczynce.
Tym kimś był oczywiście Cygan. Spojrzał uważnie na Ronję, a w jego oczach błysnął podziw.
- Dziękuję. – Mała uśmiechnęła się najładniej jak potrafiła, w duszy czując się troszkę tak, jak na salonach matki.
Westchnęła cichutko pod noskiem, nieświadomie oblizując łyżeczkę.
Hiszpan uśmiechnął się lekko, a większość mężczyzn, tych najmłodszych w załodze, patrzyło na Ronję, jakby zapomnieli, że ona ma ledwo trzynaście lat.
- Ślicznie wyglądasz, aniołku. – szepnął Montero.
- Dziękuję. – Zarumieniła się leciutko, bo nikt, nigdy jej nie powiedział komplementu, no, może oprócz tych tam oferm z wyspy.
Niby przypadkiem musnęła palcami dłoń Cygana.
Jeff widział ten gest, niby przypadkiem, oczywiście, a gdy Hiszpan chciał uścisnąć dłoń dziewczynki, chrząknął znacząco.
Panna Morisette zmarszczyła lekko, prawie niezauważalnie, nosek, po czym, zerkając wyzywająco na Starego, położyła swoją drobną rączkę na dłoni Che.
- Moja matka by powiedziała, że wyglądam jak z burdelu… – szepnęła cichutko.
Jednak Montero, pamiętając złość Sparrowa sprzed lat, cofnął dłoń i pogłaskał Ronję po głowie w przyjacielskim geście.
- Nie myśl o tym, teraz masz nas. Nową rodzinę.
Wzruszyła ramionkami, a w jej oczach odbił się smutek. W milczeniu jadła przez dłuższą chwilę kolację, nie odzywając się do nikogo, nawet pytana. Dopiero, gdy sięgała po swój kubek, ponownie popatrzyła na Che.
- Nie smuć się. – poprosił szeptem Hiszpan, widząc, że cały czas obserwuje ich Jeff. – Tak musi być…
- Bo Stary tak chce, tak? – syknęła dziewczynka, a w jej oczkach pojawiły się łzy złości.
- Nie. – Pokręcił głową. – Bo czasem trzeba działać zgodnie z pewnymi zasadami, kochanie.
- Gdyby on się na nas nie gapił, to byś się tak nie zachowywał! – nieświadomie podniosła głos.
- Ronja, uspokój się… – poprosił spokojnie Che.
- Ja jeszcze jestem spokojna. – syknęła wściekle, mrużąc oczka. – Wszyscy mnie tu traktujecie jak laleczkę z porcelany, wokół której należy skakać i dbać o nią, żeby się, nie daj Panie Boże, nie potłukła! Do was wcale nie dociera, że już mam trzynaście lat i potrafię sobie poradzić!
- Ronja, wystarczy!
Wszyscy gwałtownie odwrócili się, bo na zielonooką krzyknął nie kto inny, tylko Jeff Sparrow.
Dziewczynka podniosła się powolutku i popatrzyła na Starego.
- Bo co mi zrobisz? Obijesz gorącym pogrzebaczem tak, jak moja matka? – syknęła, zaciskając drobne dłonie w piąstki.
- Ronka, przecież wiesz… – zaczęła panna Watson.
- Cicho, Kate. – mruknął Jeff, po czym spojrzał na pannę Morisette. – Nikt cię tu nie traktuje jak laleczkę z porcelany, jak to zgrabnie określiłaś. – powiedział spokojnym, ale smutnym tonem. – Wszyscy wokół ciebie skaczą, wszyscy o ciebie dbają, bo jesteś częścią naszej rodziny. I dobrze wiesz, że nigdy bym cię nie uderzył. – Westchnął ciężko. – Jeśli tak ci się tutaj nie podoba – to powiedz mi, co tutaj robisz, skoro jesteś taka dorosła i świetnie sobie sama radzisz?
- Bo tak naprawdę nigdzie nie ma dla mnie miejsca… – szepnęła cicho rudowłosa, patrząc na Sparrowa poważnym nad swój wiek wzrokiem. – Jestem odszczepieńcem na lądzie, bo nie potrafię zachowywać się jak dobrze wychowana panna… Tutaj też nie jestem wśród swoich, bo dla każdego z was gram, każdemu pokazuję inną twarz… – Popatrzyła na każdego po kolei, ale nie dodała już nic więcej.
- Nieprawda, Ronja… – do rozmowy, mimo protestów Jeffa, włączyła się Kate. – Nas nie da się tak łatwo oszukać. Chociaż grasz, to każdy z nas widzi pod tą maską, jaka jesteś naprawdę i tu jest twoje miejsce.
- Chcemy tylko, żebyś była tutaj z nami szczęśliwa, chcemy być twoją rodziną. Dlatego każdy z nas dba o swoją Ronuśkę najlepiej, jak potrafi. – Jeff zmarszczył smutno czoło. – To tak wiele?
Dziewczynka milczała uparcie, wpatrując się w swój talerz, praktycznie pełen.
- To dlaczego… – zaczęła, ale umilkła. – Nieważne. – Potrząsnęła smutno główką i usiadła na swoim miejscu, wpatrując się przygaszonym wzrokiem w swoje drobne rączki, splecione na kolankach.
- Dlaczego co? – Stary usiadł obok Ronji, na miejscu, które ustąpił mu Che. – Powiedz, marcheweczko… Wiesz, że kocham cię, jakbyś była moją córką, i chociaż czasem nie zgadzam się z tym, co mówisz bądź robisz, zawsze będę cię wspierał.
Panna Morisette pokręciła tylko główką i podciągnęła kolanka pod brodę, smutna i przygaszona.
- Ronja, proszę… – poprosił jeszcze raz Jeff, patrząc błagalnie na małą.
Rudowłosa trzpiotka westchnęła cichuteńko.
- I tak nic na to nie poradzisz… – wyszeptała.
- Hej, we mnie nie wierzysz? – Sparrow uśmiechnął się łagodnie, a korzystając z tego, że wszyscy zmyli się iście po angielsku, wziął Ronję na kolana.
Wzruszyła drobnymi ramionkami i objęła się rączkami tak, jakby jej było zimno.
- A co poradzisz na to, że się zakochałam? – szepnęła, opuszczając nisko główkę.
- Jesteś jeszcze dzieckiem, kochanie. – Pogłaskał ją delikatnie po główce. – Jeśli kochasz Che, to możesz jeszcze cierpliwie poczekać rok lub dwa… Jeśli przeznaczona jest wam prawdziwa miłość, to zobaczysz, że po tych dwóch latach ty nadal będziesz kochała naszego milczka, a on będzie nadal kochał ciebie.
- Wiedziałam, że tak powiesz… – Popatrzyła na Jeffa smutnym wzrokiem. – Dla ciebie zawsze będę małą dziewczynką, którą musisz się zająć… – Chociaż nie chciała teraz płakać, po jej policzkach popłynęły łezki.
- Nie zawsze będziesz dla mnie taka mała. – Wytarł jej łezki rękawem swojej koszuli. – Tylko teraz taka jesteś, ale wiem, że, już niedługo, nie będziesz… – Uśmiechnął się smutno. – Dorastasz i już nie będziesz mnie tak bardzo potrzebowała.
- Zawsze cię będę potrzebowała, tato… Bo oprócz ciebie nie mam prawie nikogo… – Objęła go za szyję i przytuliła się mocno.
- Masz, masz. – Uśmiechnął się, obejmując ją ramionami. – Masz całą załogę tego statku, która bardzo, bardzo cię kocha, marcheweczko.
Znowu westchnęła. „Tylko Che wciąż uważa mnie za małe dziecko…” – pomyślała, ale nie odezwała się słowem, przytulona do Jeffa.
- Już dobrze, kochanie? Chociaż trochę? – Stary zajrzał w zielone oczy swojej przybranej córki.
Mała pokiwała leciutko główką.
- Tak, już dobrze… – szepnęła, uśmiechając się słabo.
- Na pewno? – Jeff zrobił pociesznego zeza.
Zaśmiała się wesoło.
- Tak, już na pewno dobrze. – odparła, ale nagle zmarszczyła lekko czółko, zamyślona. – Tato… Powinnam mu o tym powiedzieć? – zapytała powoli.
- Porozmawiaj z nim, ale poważnie. – Sparrow pocałował Ronję w czółko. – Ale to jutro, teraz idź spać, dobrze?
- Dobrze. – Pocałowała Starego w policzek i stanęła na własnych nóżkach. – Dobranoc, tato. – Pomachała mu na pożegnanie i poszła jeszcze na chwilę na pokład.
Na beczce, właśnie na śródokręciu, siedział Che i w milczeniu wpatrywał się w morze.
Dziewczynka zatrzymała się wpół kroku, widząc Cygana, po czym odwróciła się i chciała wrócić do swojej kajuty. Na jej nieszczęście lub szczęście, potknęła się o jakąś starą butelkę, która narobiła hałasu. Wystraszona, bo nie chciała przerywać rozmyślań Montero, przykucnęła za jakąś beczką, żeby jej nie zauważył.
Hiszpan uśmiechnął się sam do siebie, ani na moment nie odrywając wzroku od morza.
– Aż taki straszny jestem, Ronusiu? – spytał, odwracając się do dziewczynki.
- Nie, oczywiście, że nie. – Mała wyszła zza beczki, mnąc w rączkach skraj sukienki. – Nie chciałam ci przeszkadzać, przepraszam… Pójdę lepiej do siebie… – wymamrotała, rumieniąc się delikatnie, dziwnie speszona.
- Nie przeszkadzałaś mi. – Che uśmiechnął się łagodnie, po czym wstał i pocałował małą w czółko. – Dobranoc.
- A nad czym myślałeś? – zapytała, uśmiechając się lekko.
- Nad przyszłością. – odpowiedział zagadkowo. – A teraz leć już spać. – Pogłaskał ją jednym palcem po policzku, ale bardzo blisko ust.
Nagle posmutniała i już bez słowa podreptała w stronę zejścia pod pokład, nie chcąc, by widział łezki w jej oczkach. Bo ją tak strasznie bolało, że uważał ją wciąż za małe dziecko, za małą Ronuśkę, którą trzeba się zaopiekować i martwić o nią, bo inaczej zrobi sobie krzywdę. Ściskając w dłoniach skraj sukienki zatrzymała się na chwilkę, ponieważ rozwiązało jej się sznurowadło w buciku.
Cygan podszedł do dziewczynki, zawiązał jej obuwie i, nadal przed nią klęcząc, spojrzał w te przepastne, zielone oczy.
– Poczekamy oboje, prawda? – Pogłaskał ją po policzku i delikatnie pocałował w usta.
Odwzajemniła nieśmiało jego pocałunek.
- Ile chcesz czekać? Dziesięć lat? Piętnaście? – spytała cicho, ocierając zabrudzoną rączką łzy i pozostawiając na buzi ciemne smugi.
- Dwa lata. – Otarł palcami jej policzki. – Dwa lata od dzisiaj.
Popatrzyła w dal, po czym ujęła znowu swoją sukienkę.
- Niech i tak będzie… – szepnęła cichutko. – A za dwa lata uznasz, że nie jestem dla ciebie odpowiednia… Mógłbyś mi od razu powiedzieć, że po prostu jestem dla ciebie gówniarą! – krzyknęła nagle, dając upust swojej złości i zbiegła do kajuty.
Montero westchnął ciężko i przeczesał palcami włosy, rozglądając się bezradnie po pokładzie. Serce ciągnęło go do Ronji, chciał z nią być, być może nawet ułożyć sobie życie. Nie była dla niego gówniarą, tylko… Tylko była jeszcze za mała na jakikolwiek związek z mężczyzną, tak uważał, i chciał być wobec niej w porządku. Chciał poczekać, a potem zabrać ją do siebie, do Hiszpanii… I po prostu być z nią już zawsze.
Dziewczynka, gdy tylko wbiegła do swojej kajuty, niemalże zdarła z siebie sukienkę i buciki, po czym kopnęła je w kąt, klnąc w myślach na swoją głupotę. Jak ona mogła myśleć, że kiedykolwiek Montero spojrzy jak na dziewczynę, na kobietę, a nie jak na Ronuśkę, małą piegowatą trzpiotkę?! Była głupia, beznadziejnie głupia i tyle. Z płaczem opadła na koję, kuląc się na niej i okrywając jakimś prześcieradłem.
- Głupia, głupia, głupia… – powtarzała w kółko, jakby chciała, żeby te słowa wyryły się na ścianach jej kajuty.
Hiszpan szedł właśnie do kajuty zielonookiej, z maleńką, drewnianą różyczką w dłoni. Chciał z nią porozmawiać, wyjaśnić to wszystko, przeprosić… Kiedy usłyszał, jak Ronja płacze i wini się za to wszystko, wystraszył się, że jeszcze bardziej ją skrzywdzi i jedynie położył różyczkę pod drzwiami jej pokoju, a sam poszedł do własnej kajuty.

1 Hiszp. Na miłość boską!
2 Hiszp. Pan.
3 Hiszp. Aniołku.
4 Hiszp. Proszę.
5 Szpada – powstała w XVII w. na zachodzie Europy w wyniku przekształcania rapiera (białej broni kłująco-siecznej). Szpada służyła do kłucia, dzięki czemu stała się lżejsza od rapiera.
6 Hiszp. Dziękuję panu.
7 Muszkiet – gładkolufowa broń palna długa, z zamkiem lontowym, ładowana od wylotu lufy czyli odprzodowo, kalibru od 17 do 25 milimetrów. Pojawił się na polach bitew w początkach XVI wieku w armiach włoskich i hiszpańskich, następnie rozpowszechnił się w całej Europie.
8 Broń biała – broń służąca do walki wręcz. Dawniej bardzo popularna, obecnie wyparta z wojska przez broń palną.

Obudziło ją wybicie ósmej szklanki oznaczającej południe. Gdy pokonała pierwsze otępienie, rozejrzała się po kajucie. Pierwsze, co jej się rzuciło w oczy, to brak Jamesa obok niej. Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Stopniowo przypominała sobie wydarzenia dnia i nocy poprzednich. Usiadła na koi.
- No, Ronja, szybka jesteś. – mruknęła sama do siebie.
Zebrała swoje porozrzucane rzeczy i rzuciła je byle jak obok kufra. Miała zamiar później je powkładać z powrotem do skrzyni. Na razie przykucnęła przy „meblu” i zaczęła przerzucać jego zawartość w poszukiwaniu odpowiedniego ubioru. W końcu wyciągnęła nader wyzywającą sukienkę i szybko ją założyła. Sukienka była bordowa, z głębokim dekoltem i dużym rozcięciem, sięgającym do pół uda. Gorset był sznurowany z przodu i trzymał się na ciele dzięki cieniutkim ramiączkom. Energicznymi ruchami rozczesała włosy.
- Jesteś gotowa, młoda damo, na powitanie nowego dnia. – szepnęła i otworzyła kajutę.
Gdy pokazała się na pokładzie, powitały ją porozumiewawcze spojrzenia załogi. Tilly, który akurat stał niedaleko kobiety, uśmiechnął się do niej. Odwzajemniła uśmiech i rozejrzała się w poszukiwaniu Jamesa, którego nigdzie nie zauważyła. Za to spostrzegła, że przy zablokowanym kole sterowym nie ma nikogo. Tanecznym krokiem wyszła na mostek i odblokowała ster. Gdy dotknęła dłonią drewna, na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Gwałtownie obróciła kołem, powodując ostre zejście z kursu. Gdy wyrównała, z luku ładowni wyłonił się Sawyer.
- Kto, do jasnej cholery, bawi się moim sterem???!!! – ryknął, odwracając się w stronę mostka.
- Dzień dobry, kochanie. – panna Morisette uśmiechnęła się uroczo i jakże niewinnie. – Coś się stało, że się tak zdenerwowałeś?
- Ronja? – jęknął James, widząc kobietę za sterem.
- Nie, święta Dympna. – zaśmiała się zielonooka.
Całą scenę obserwowali John i Tilly, z czego ten pierwszy rzucał na nią jednym okiem, bo drugie miał opuchnięte w skutek wczorajszej wymiany zdań z Larsem, po której „Król Jerzy” wręcz trząsł się od plotek na temat Kate i Pierwszego.
- Ciekawe, kto komu pierwszy przywali? – zastanawiał się głośno szarooki blondyn.
- James nigdy ręki na kobietę nie podniósł. – mruknął pod nosem Tilly, stojąc metr od Johna.
- Ale w końcu to piratka, bo tylko piratka poszłaby z Sawyerem do łóżka. – odparł Mayson.
- Też prawda.
- Przecież całe Indie Zachodnie wiedzą, że James to największy seksoholik na świecie. – skonstatował blondyn, zerkając kątem oka na Larsa. – W przeciwieństwie do ciebie, bo tobie kobieta broń ukradła.
- Biedny James… – stwierdził Tilly, do którego dopiero po chwili dotarło drugie zdania Johna. – Że co?! – zapytał z kurtuazją.
Harry, który akurat szedł przez pokład z wiadrem wody, popatrzył na obu mężczyzn.
- John, a jednak wsadziłeś łapę i cię nie poszczypało? – zainteresował się, po czym przyspieszył kroku, widząc morderczy wzrok Larsa.
- Trzymaj mnie, bo będę bił, trzymaj mnie, bo zabiję… – zanucił pod nosem Tilly, czując, że zaraz trafi go szlag najjaśniejszy.
Tym bardziej, że noc w noc od spotkania z panną Watson, śniły mu się piękne, szafirowe oczy kobiety, przepełnione strachem. Dlaczego wydawało mu się, że tylko on może ten strach przegonić?
Ronja, która zeszła z mostka, wpierw zablokowawszy ster, usłyszała słowa Pierwszego i wyszczerzyła się szeroko.
- Co chłopaki śpiewamy? Znam jedną taką piosenkę, której mnie Kate nauczyła! – zadeklarowała.
W tym momencie Larsowi zaczęły puszczać nerwy.
- Przestańcie, do jasnej cholery, z tą Kate! – poprosił, patrząc morderczym wzrokiem na zebrane towarzystwo. – Ja nawet z nią nie gadałem tak właściwie!
Łysy marynarz, który teraz wracał z pustym wiadrem, przystanął.
- Od razu przeszedłeś do rzeczy? – zainteresował się, po czym pacnął dłonią w czoło. – To pewnie po tych zabawach masz tę szramę na szyi! – wrzasnął na cały pokład.
- Boże, Kate, i ty się dziwisz, że nie możesz utrzymać przy sobie faceta? – westchnęła panna Morisette, wywracając oczyma.
Tilly już zamierzał coś odpowiedzieć, gdy nagle z bocianiego gniazda rozległ się krzyk:
- „Henryk VII” na horyzoncie!!!
- O w mordę, lord Cuttler Beckett się zbliża!!! – wrzasnął Harry, po czym zrobił w tył zwrot i zniknął pod pokładem, aby uprzedzić resztę załogi.
James odwrócił się w stronę Ronji.
- Idź się przebrać jak na panienkę z dobrego domu przystało. – poprosił.
Panną Morisette aż zatrzęsło.
- Że co proszę?! – ryknęła. – Jak chciałeś mieć za kobietę pannę z dobrego domu, to trzeba było sobie wziąć małobiuściastą Elizabeth Swann!!! – tu zielonooka wypięła się przodem gorsetu, z dumą eksponując swoje kobiece wdzięki. – A nie córkę Edwarda Teacha. – prychnęła.
- Kurwa, jakiego Teacha?! – wrzasnął James na Ronję.
- Sawyer nigdy nie krzyczy na kobiety. – zdziwił się grzecznie Tilly.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz. – stwierdził Mayson, łypiąc okiem na Larsa. – Ty coś o tym wiesz, co, panie rozbrojony?
Pierwszy już miał zamiar coś odpowiedzieć, ale tylko machnął ręką, zrezygnowany.
- A daj spokój… – mruknął, wywracając oczyma.
- Swoją drogą raz tą Kate kiedyś widziałem. – powiedział mimochodem John. – Faktycznie ładna jest. Nawet bardzo, prawda, Tilly? – zapytał grzecznie z miną niewiniątka.
- Jak powiem, że piękna to się w końcu odczepisz ode mnie? – Lars podszedł powoli do swojego podwładnego.
- Ooo… Chłopaki, Lars zaczyna się przyznawać!!! – wrzasnął szarooki, po czym zwiał pod pokład, by uchronić się przed kolejnym ciosem.
W tym czasie panna Morisette wraz z Jamesem kłóciła się w najlepsze.
- Nigdy nie słyszałeś o Edwardzie Teachu, zwanym Czarnobrodym?! – zainteresowała się grzecznie.
- Wyobraź sobie, że ten człowiek spłodził moją siostrę! – krzyknął Sawyer.
Ronja popatrzyła na niego półprzytomnym wzrokiem.
- Ale… Jak to? – wymamrotała, opierając się plecami o reling.
- Czarnobrody zamordował moją matkę… Najpierw uprowadził ją na moich oczach, potem przez jakiś czas trzymał ją na swoim okręcie i wykorzystywał, zrobił jej w końcu dziecko, aż wreszcie ją zabił na oczach mojej siostry… Miała wtedy prawie dziesięć lat. Kiedy miała trzynaście, Teach sprzedał ją do burdelu. Po trzech miesiącach popełniła samobójstwo… – zrelacjonował suchym tonem blondyn.
Dziewczyna ukryła twarz w dłoniach.
- Chryste Panie, za jakie, kurwa mać, grzechy?! – wymamrotała z rozpaczą.
- Poprzysiągłem zemstę… Przysięgałem, że go zabiję i całe jego potomstwo… – wyszeptał James, podchodząc do panny Morisette.
- W takim razie dopełnij zemsty… – powiedziała cichym głosem, patrząc prosto w błękitne tęczówki mężczyzny.
Wpatrywał się w nią długo, po czym wyciągnął do niej rękę.
- Daj mi dłoń… – spuścił głowę.
Ronja bez wahania podała mu swoją dłoń, wciąż się na niego patrząc.
- Nie miałem okazji stanąć twarzą w twarz z Czarnobrodym, teraz mam w rękach jego krew i tę krew przelewam. – ujął jej dłoń i przeciął skórę, obok tego zranienia, które było wynikiem upadku na kei na Tortudze. – Jakby było mało jednego nacięcia, to ci jeszcze jedno zrobiłem. – zacisnął rękę dziewczyny i wycisnął na swoją kilka kropel krwi.
- Przysięgałeś zabić… Dlaczego tego nie zrobiłeś? – szepnęła cicho.
- Nie zabić, wyraziłem się inaczej… Przelać krew… Wiesz, byłem młody i głupi, jak każdy, kto naczytał się wielkich książek o honorze i odwadze. Wyrażałem się strasznie patetycznie. Nagle mnie olśniło. – przyciągnął jej skaleczoną dłoń do ust i pocałował. – W imię starych zasad nie wolno nigdy ryzykować tego, co daje nam los, bo taka szansa może się już nie powtórzyć.
- O Chryste, nie słódź mi tak, dobrze?! – warknęła panna Morisette, wyrywając mężczyźnie swoją dłoń i uciekając do kajuty, gdzie się zamknęła na klucz.
Lars popatrzył na Jamesa.
- Czyś ty zdurniał? – zapytał grzecznie. – Czemu jej ciągle słodzisz albo się na nią drzesz, durniu patentowany?
- Nie twój zasrany interes. – prychnął zirytowany Sawyer, próbując dostać się do swojego pokoju.
- Stracisz ją szybciej, niż ci się wydaje. – stwierdził ze stoickim spokojem Pierwszy.

Panna Morisette miotała się po całej kajucie jak zwariowana, rzucając wszystkim, co jej się pod rękę nawinęło, we wszystko co popadło. Znowu się popłakała, klnąc pod nosem jak najprawdziwszy wilk morski. Już dawno nikt nie doprowadził jej do takiej pasji głupim słodzeniem. Miała ochotę rozerwać Sawyera na strzępy. W końcu przykucnęła przy kufrze z szatańskim pomysłem.
- Chciałeś mieć panienkę z dobrego domu, to proszę cię bardzo… – mruknęła pod nosem, wyciągając ze skrzyni okropną, bladoróżową sukienkę z mnóstwem falbanek, kokardek i koronek.
Do tego miała dobrane rękawiczki, kapelusz, wachlarz i parasolkę. Cały ten kram rzuciła na koję, a sama rozpoczęła wbijanie się w kieckę. Gdy doszła do zawiązywania gorsetu, ponownie zaczęła klnąć, ponieważ nie mogła poradzić sobie z tasiemkami przytrzymującymi tę część garderoby. W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Ronja otworzyła je z rozmachem, już mając zamiar nawrzeszczeć na tego, kto tam stoi ze świętym przeświadczeniem, że to Sawyer. Jakież było jej zdziwienie, gdy zamiast Jamesa ujrzała Johna, uśmiechającego się do niej lekko.
- Właź tu, jesteś mi potrzebny! – stwierdziła, łapiąc Maysona za rękę i wciągając mężczyznę do kajuty.
- Tak od razu? Bez dzień dobry ani niczego? – zdziwił się grzecznie blondyn.
- Wiąż ten gorset i nie marudź. – poprosiła, zgrzytając cicho zębami i opierając się dłońmi o stolik tak, że była lekko pochylona.
- Pani życzenie jest dla mnie rozkazem. – zasalutował John, mimowolnie rozpinając dwa pierwsze guziki koszuli pod szyją, bo zrobiło mu się nagle gorąco.
Posłusznie zaczął wiązać gorset kobiety, starając się nie zwracać uwagi w jakiej dwuznacznej pozycji stoją. Zielonooka westchnęła cichutko, czując palce mężczyzny biegające po jej ciele i delikatnymi ruchami plączące tasiemki bladoróżowego gorsetu. Gdy John skończył wiązać tę część garderoby dziewczyny, objął ją dłońmi w talii i obrócił twarzą do siebie. Napotkał spojrzenie zielonych oczu, które dziwnie błyszczały, a ich właścicielka usiadła na stoliku i objęła mężczyznę za szyję jedną ręką. Drugą dłoń wyciągnęła i delikatnie, opuszkami palców, dotknęła policzka marynarza. Ten, zaskoczony, przytulił ją do siebie mocniej, wyczuwając, jak zielonooka obejmuje go nogami na wysokości bioder. Nie spuszczała wzroku z jego oczu, w których widziała odbicie swojej zapłakanej twarzy z opuchniętymi i zaczerwienionymi powiekami. Mayson z wahaniem dotknął jej dłoni, po czym przeniósł palce na jej policzek, gładząc w przelocie szyję dziewczyny i cały czas obejmując mocno pannę Morisette. Ronja pochyliła się tak, że prawie dotykali się nosami. Milczeli, bo i po co mieli się odzywać? Musnęła ustami jego wargi, bojąc się go spłoszyć. Jednak jego reakcja zaskoczyła ją. Przywarł do jej ust, niemalże miażdżąc je w brutalnym pocałunku, a gdy lekko rozchyliła wargi, wsunął pomiędzy nie swój język. Przymknęła oczy, nie panując już nad tym, co się dzieje pomiędzy nimi, a i John hamował się ostatkiem sił. Pogładził ją po udzie, wsuwając rękę pod bladoróżową spódnicę i pieszcząc ustami szyję i dekolt dziewczyny. Całowaliby się tak może i do końca świata, gdyby nie to, że w Maysonie coś nagle pękło i odsunął się od rudej. Przyglądał się jej, jej błyszczącym oczom, nieuczesanym włosom, których burza sprawiała, że jej drobna twarzyczka była jeszcze drobniejsza i jej nabrzmiałym od pocałunku ustom, lekko rozchylonym, jakby w oczekiwaniu na więcej.
- Ronja… – wychrypiał, z trudem łapiąc oddech, jak po długim biegu. – Nie możemy. Nawet gdybym chciał…
- A chcesz? – zapytała cicho dziewczyna, patrząc mu prosto w oczy.
- Ronja, ja mam żonę i trójkę dzieci. – szepnął, rozpinając kolejny guzik od koszuli.
Panna Morisette delikatnie odciągnęła jego dłoń od guzików i sama rozpięła dwa następne.
- Chcesz czy nie? – spytała ponownie, zsuwając z jego ramion koszulę.
- Chcesz… – powiedział, zdejmując z niej spódnicę.
Zielonooka uśmiechnęła się lekko i przesunąwszy palcami po opalonym torsie mężczyzny, sięgnęła do jego paska od spodni. W tym momencie drzwi, nie zamknięte już na klucz, otworzyły się i w progu stanął Lars, który oparł się bokiem o framugę i skrzyżował ramiona na piersi.
- Mayson, co ty tak właściwie robisz? – zapytał kulturalnie, wpatrując się ze zmarszczonymi brwiami w parę.
- Biorę się do roboty, sam mi kazałeś. – odpowiedział John, odwracając się dość gwałtownie w stronę Pierwszego.
Na skutek tego gwałtownego ruchu, spodnie blondyna, już rozpięte przez Ronję, zsunęły się na ziemię. Panna Morisette przez chwilę wpatrywała się w miejsce, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę, po czym zaczęła się śmiać. Natomiast Tilly zachowując nadal stoicki spokój, odezwał się:
- John, zlituj się i nie strasz ludzi…
Blondyn zaczerwienił się niczym panienka z dobrego domu na wydaniu, podciągnął portki, złapał koszulę i uciekł na pokład. Lars uśmiechnął się wrednie.
- Mam nadzieję, że teraz się ode mnie odczepi… – mruknął, po czym zwrócił wzrok na dziewczynę, siedzącą nadal na stoliku w samym gorsecie.
Ronja, która do tej pory śmiała się głośno, teraz wybuchła gwałtownym szlochem. Tilly w pierwszym momencie nie wiedział kompletnie, co się dzieje, aż w końcu wszedł do pomieszczenia, zamknął za sobą drzwi i podszedł do zielonookiej.
- Ja… Ja nie wiem… – wymamrotała panna Morsiette, której spomiędzy palców od czasu do czasu spływały pojedyncze łezki.
- Ciii… Ronka, już cicho… – mruknął Lars, przytulając dziewczynę do siebie.
- Ja już się pogubiłam… Nie wiem, czy dobrze zrobiłam, płynąc z Jamesem… – szepnęła, zaciskając drobne dłonie na koszuli mężczyzny.
- A chciałaś tego na pewno? – zapytał, gładząc ją po potarganych, ciemno-rudych włosach.
- Nie wiem, Lars, ja już nic nie wiem… – wyłkała, czując, że cały świat osuwa jej się spod nóg.
To prawda, do Sawyera ciągnęła ją jakaś dziwna siła, której najchętniej by w pełni uległa, ale bała się… Tak przeraźliwie się bała, że, gdy przywiąże się do Jamesa, że może nawet poczuje do niego coś więcej, to wszystko się rozsypie, a ona zostanie sama i nie będzie sobie potrafiła poradzić. A nie znosiła poczucia bezradności, najpewniej czuła się, gdy to ona miała kontrolę nad wszystkim wokół. Bała się stracić swoją niezależność, swoje prawdziwe ja, o które tak długo walczyła.
Tilly odkleił od siebie dziewczynę i spojrzał jej w oczy, jak ojciec, który poucza swoje dziecko.
- Poradzisz sobie, na pewno wiesz, czego chcesz. Przecież, gdybyś tego nie chciała, nie byłoby cię dzisiaj tutaj, na tym statku. Prawda?
Panna Morisette pokiwała głową i uśmiechnęła się blado.
- Prawda. – szepnęła, zeskakując ze stolika. – A teraz czas się ubrać, żeby powitać naszego ulubionego, bo jedynego i, dzięki Bogu, niepowtarzalnego, Lordzia.
- A powita go nasza ulubiona, bo jedyna i, dzięki Bogu, niepowtarzalna, Ronja. – zaśmiał się Lars, idąc w stronę drzwi.
- To będzie powitanie, którego Lordziu nie zapomni do końca życia.

Ronja wyszła na pokład dumny krokiem, ubrana jak diabeł na borówki. Miała na sobie swoją sukienkę, a na dodatek dzierżyła w jednej dłoni dopasowany kolorystycznie parasol, a w drugiej wachlarz. Ponadto na włosach upiętych w wytworny kok miała uroczo słodki kapelusik, a na rękach równie śliczne rękawiczki. Załoga na jej widok otworzyła z wrażenia szeroko gęby.
- O kurwa, kolejna panienka z dobrego domu! – mruknął pod nosem John, po czym na jego policzkach pojawił się rumieniec na wspomnienie wydarzeń w kajucie.
- Ja mam nadzieję, że Kate się tak nie ubiera? – zapytał Harry Larsa. – Ona to pewnie się w ogóle nie ubiera… – rozmarzył się.
Tilly, niby przypadkiem, szturchnął mężczyznę pod żebra, ale zrobił to tak, że ten aż się zwinął z bólu.
- Ronja? – James, ubrany w swój najlepszy galowy mundur, wpatrywał się chwilowo kompletnie ogłupiały w zielonooką.
- Słucham, kochanie najdroższe? – zaszczebiotała słodkim głosikiem, podchodząc do blondyna.
- Wyglądasz pięknie… Tak… Nietypowo… – wymamrotał mężczyzna, patrząc na ten obrzydliwy różowy kapelusz.
- Dziękuję, mój misiu-pysiu! Tę sukienkę załatwiła mi moja najlepsza przyjaciółka, Elizabeth Swann! – uwiesiła się na ramieniu Sawyera, szczerząc zęby jak opętana.
- Ja cię pieprzę… – wymamrotał Harry, drapiąc się po łysej czaszce. – To kiedy Kate przypływa? – zapytał, odwracając się do Larsa.
- Zejdź mi z oczu, bo wyjdę z siebie. – warknął Tilly.
- Ojej, Lord przypłynął! – zapiszczała panna Morisette, stukając niebotycznie wysokimi obcasikami o deski pokładu.
- Lars, weź mnie stąd, bo ja nie wytrzymam… – jęknął dramatycznie Sawyer, wołając o pomstę do nieba.
- Chciałeś panienkę z dobrego domu, to masz. – odparł rezolutnie Pierwszy, po czym uśmiechnął się wrednie.
- Pociesz się tym, że ma biust. – dodał Mayson, po czym mruknął pod nosem: – Wiem z własnego macania…
James odwrócił się do Johna.
- Że co?! – ryknął, a oczy mu pociemniały z gniewu.
- Chodź, misiu-pysiu, Lordziu przypłynął, należy go powitać! – pisnęła Ronja, łapiąc blondyna pod ramię i ciągnąc w stronę trapu.
- Już idę, księżniczko, już idę… – wymamrotał Sawyer, idąc posłusznie za dziewczyną.
Gdy weszli po desce na pokład „Henryka VIII”, lord Cuttler Beckett stał na śródokręciu z wielkopańską miną.
- Witam Waszą Lordowską Mość i mam przyjemność przedstawić panu moją narzeczoną, pannę Ronję Hudson. – powiedział Sawyer.
- Witaj James. – odezwał się, kiwając głową w stronę blondyna, szlachcic. – Miło mi paną poznać, panno Hudson. – mężczyzna pochylił się i musnął wargami podaną mu dłoń Ronji.
- Mnie również, Wasza Lordowska Mość. – panna Morisette kulturalnie dygnęła. – Cały świat mówi o bohaterskich wyczynach Waszej Lordowskiej Mości. – dodała, robiąc słodkie oczęta w stronę szlachcica.
- Naprawdę? Nie wiedziałem, że jestem aż tak sławny w Starym Świecie. – odpowiedział Lordziu ze źle skrywaną dumą i fałszywą skromnością, jednocześnie podając ramię dziewczynie, która przykleiła się do niego, mrugając zalotnie.
James miał minę, jakby mu ktoś w łeb obuchem trzasnął. Właśnie uświadomił sobie, że w każdej chwili może stracić tę kobietę, która teraz, wybitnie robiąc mu na złość, któregoś dnia może zrobić to na poważnie. Oświeciło go, że przywiązał się do niej przez te parę dni i będzie mu brakować jak cholera ich ciągłych sprzeczek, blasku jej oczu, gdy się kochają, jej ciepłej obecności, gdy zasypiał wieczorem, zmęczony…
Pokręcił głową z niedowierzaniem i cicho zaklnął pod nosem.
- Słucham, Jamesie? – w stronę Sawyera odwrócił się Beckett.
Widząc lekko nieprzytomny wzrok blondyna, Ronja postanowiła ratować sytuację.
- Wasza Lordowska Mość mówił, że złapał pirata. – zainteresowała się z autentyczną ciekawością. – Wystaram się o odpowiednią nagrodę z rąk miłościwie nam panującego Jego Królewskiej Mości Jerzego I. Moja rodzina jest bardzo znana w Zjednoczonym Królestwie. – zaświergotała.
- Dziwne, nigdy nie słyszałem o rodzie Hudsonów… – Lordziu zamyślił się na chwilę.
- Musiał Wasza Lordowska Mość słyszeć. Mój ojciec jest jednym z największych udziałowców w Kompanii. – wytłumaczyła, prostując się lekko i eksponując swój dekolt.
- Zapewne zapomniałem przypadkiem, upraszam panienkę o wybaczenie. – Beckett pochylił się i pocałował końcówki palców Ronji.
- Nic się nie stało, Wasza Lordowska Mość. – dziewczyna ukryła twarz za rozłożonym wachlarzem. – Proszę mi wybaczyć mój nietakt, jednakże pozwolę sobie zapytać o godność pirata, którego Wasza Lordowska Mość pojmał? – zapytała, zerkając na niego ze strachem w oczach.

- Ta to ma talent aktorski… – mruknął Harry, opierający się o reling na „Królu Jerzym”.
- Jak myślicie, kiedy strzeli Lordzia w pysk? – zapytał John, stojący obok łysego marynarza.
- Nie strzeli, odstawia komedię dla Jamesa. – zakończył całą dysputę Tilly, podchodząc do Maysona.

- Ależ, panno Hudson! – obruszył się Lord. – To papista, katolik pochodzący z Królestwa Hiszpanii, Aragonii i Kastylii. A na dodatek jest to cygański pomiot. – dodał ze wstrętem. – Strasznie trudny do poskromienia więzień, w żaden sposób nie chce z nami współpracować. Właśnie za chwilę będą wyprowadzać go na pokład i odbędzie się jego egzekucja, ponieważ jest to więzień nie do zresocjalizowania. – stwierdził ze zwykłą sobie elokwencją.

- Że do czego nie jest? – zapytał Harry, który nie za bardzo zrozumiał zwrot Becketta.
- Zresocjalizowania, moczymordo zakazana! – ryknął na niego John.
- Znaczy coś takiego jak właśnie ty. – uzupełnił definicję Tilly.
- Aaa… Znaczy jest inteligentny, błyskotliwy, piękny i uwielbiany przez kobiety? – dociekał Harry, drapiąc się po łysinie. – Mayson, a ty też z Kate spałeś w takim razie?
- I ja o tym nic nie wiem?! – zdziwił się grzecznie Lars, patrząc morderczym wzrokiem na szarookiego.
- Ja z Kate nie spałem! Ona ma twoją broń, nie moją! – odgryzł się John. – Ja prawie się z Ronją przespałem… – mruknął cicho pod nosem, po czym wrócił do meritum sprawy. – A Kate to ma piękne szare oczy, co nie, Lars?
- Jakie szare, patafianie?! Szafirowe! – odpowiedział Tilly, zanim się ugryzł w język. – Panie Boże, daj mi siłę, bo zabiję… – jęknął.
- Ha! – ryknął John. – I tu cię mam!

- Proszę mi wybaczyć mój ogromny nietakt, ale czy możemy zostać na egzekucji, Wasza Lordowska Mość? – zapytała niewinnym tonem panna Morisette, mrugając zalotnie powiekami.
- Nie wiem, czy panienka powinna… Panienka jest zapewne wrażliwa na krew i drastyczne sceny… Są to widoki nie dla wrażliwych oczu szanownej panienki… – zaczął Beckett, ale nie skończył, bo na pokład wprowadzono Cygana.
Mężczyzna miał czarne, sięgające ramion włosy, równie czarne oczy, które patrzyły na świat z dziwnymi, tajemniczymi iskierkami, a teraz, po tylu dniach niewoli, były wyblakłe i pozbawione emocji. Czarny ubiór był w strzępach, a twarz strasznie pobita. Ronja, gdy patrzyła na tego człowieka, miała wrażenie, że słyszy hiszpańskie słowa i słodkie dźwięki gitary, które powodowały, że w jej oczach pojawiały się łzy.
- Wszakże moim narzeczonym jest wysoko postawiony oficer Royal Navy… – mruknęła bez zainteresowania, po czym wyrżnęła się jak długa, prosto pod nogi pirata.
- Ay, ángel…1 Ty to się nigdy nie zmienisz… – uśmiechnął się blado Hiszpan, patrząc na nią.
Panna Morisette, która leżała ze swoją różową kiecką na głowie, szybko skojarzyła te słowa z odpowiednią osobą. Bo tak mówił do niej tylko On… Che Montero.


Małe, piegowate stworzenie, z burzą rudych loków na głowie, wypadło na pokład „Zorzy Polarnej”, zawiązując zbyt duże, męskie spodnie i białą koszulę. Ledwo zrobiła kilka kroków, upadła jak długa na deski. Podniosły ją do góry czyjeś silne, acz delikatne dłonie, i usłyszała:
- Ay, ángel… Ty to się nigdy nie zmienisz…

James w tym momencie odkleił oczy od czterech liter swojej kobiety i popatrzył na Lordzia, a potem jego załogę. Wszyscy, tak jak on, gapili się namiętnie na bieliznę panny Morisette, która, jakby nie było, była bardzo skromna i zasłaniała tylko to, co przyzwoitość nakazuje.
- Gdzie się gapicie???!!! – ryknął w stronę załogi tak, że cały „Henryk VIII” aż się zatrząsł.
- To moja załoga, mógłbyś się na nią nie drzeć? – zapytał z kurtuazją, odwracając w końcu spojrzenie od tyłka Ronji.
- To moja narzeczona, jakby na to nie patrzeć, i tylko ja, chociaż jeszcze nie teraz, mogę oglądać te części jej ciała. – odparł Sawyer, któremu oczy zabłysły na wspomnienie ostatniej nocy.
- Jamesie, panna Hudson sama nam pokazała te części ciała. – odpowiedział grzecznie Lordziu.
W tym momencie Ronja w końcu się pozbierała z pokładu, mało nie łamiąc sobie obcasa, który utknął jej w szparze pomiędzy deskami. Z gwałtownym szlochem zaczęła biegać po pokładzie, wrzeszcząc przy tym:
- To pirat!!! Ratunku!!! – podbiegła do Larsa i z płaczem rzuciła mu się na szyję, by zza pasa mężczyzny wyjąć broń.

- No i co, Lars? Druga cię rozbroiła? – zapytał Harry, zakładając ramiona na piersi.
- Będziesz ty cicho? – warknął Tilly.
- Ale ta pierwsza mu się bardziej podobała. – wyszczerzył się perfidnie John, po czym dodał: – To jakie ona miała oczy?
- Na pewno duże. – odparł Harry, uśmiechając się marzycielsko.
- Przede wszystkim smutne. I piękne. – mruknął cicho Tilly, przypominając sobie oczy Kate.

Gdy Ronja wsadziła pistolet Pierwszego pod spódnicę, obróciła się na pięcie i teraz, dla odmiany, rzuciła się nadal z takim samym płaczem na szyję Jamesa, który stał odwrócony plecami do Che. Po kryjomu podała Cyganowi broń, puszczając przy tym oczko do niego.
- Wariatka. – mruknął Montero, kiwając głową z pełną aprobatą i resztkami sił wyrywając się żołnierzom.
- Mój medalik!!! – ryknęła panna Morisette, tak piskliwym głosem, jak jeszcze nigdy w życiu się nie odzywała, po czym poleciała pięknym poślizgiem prosto pod nogi Montero.
- Pani pozwoli… – powiedział Hiszpan, pomagając dziewczynie wstać, po czym objął ją ramieniem w talii i przystawił broń do skroni.
- Idź na „Króla Jerzego”, Beckett odpuści… – wymamrotała zielonooka, stając tak, żeby zasłonić sobą Cygana.

W czasie, gdy James i Lordziu cały czas się kłócili, Harry skomentował to następująco:
- Jak myślicie, kiedy się zorientują, że dziewczynie coś dolega?
- O kurwa, to ty z nią spałeś?! – ryknął John, odwracając się na pięcie w stronę łysego marynarza.
- A spałem? Ja z nią spałem? Ja nic nie pamiętam!!! – pisnął jak zarzynane prosię Harry.
- Taaa… Lars też tak mówi… – mruknął Mayson, uchylając się przed przyjacielskim, ale nader bolesnym, szturchańcem od Tilly’ego.

W trakcie tej przemiłej wymiany zdań, Sawyer rozejrzał się wokół siebie.
- Ronja!!! – wrzasnął, widząc dziewczynę z pistoletem przystawionym do skroni.
- Tak, misiu-pysiu? – zapytała obojętnym głosem Ronja, gdy już została zauważona.
Razem z Che, właściwie to bardziej podtrzymując Cygana niż będąc przez niego trzymaną, dostała się na „Króla Jerzego”. Tamtejsza załoga, widząc kompletny brak reakcji Larsa i Maysona, stała wokół i obserwowała ukradkiem całe zajście.
- Ronja!!! Lars!!! Mayson!!! Zróbcie coś!!! – krzyczał Sawyer, ignorując słowa Lorda:
- To teraz twój problem, James, nie mój…
Blondyn pobiegł na pokład swojego okrętu, wrzeszcząc wniebogłosy różne niepochlebne epitety pod adresem swoich podkomendnych, a także wymachując przy tym pistoletem. Zupełnie zignorował fakt, że „Henryk VIII” odpłynął w siną dal, kompletnie nie przejmując się kwestią domniemanego „porwania” panny Morisette.
W końcu Sawyer nie wytrzymał i rzucił się na Che trzymającego Ronję, odpychając od siebie dziewczynę i strzelając w brzuch Hiszpana.
- Co ty wyprawiasz, kretynie???!!! – ryknęła zielonooka, podbiegając do Montero i podtrzymując go. – Ja cię zabiję, durniu patentowany, pozbawię możliwości prokreacji!!! Co za skurkojad ostatni!!! – wrzeszczała, wprowadzając Cygana do kapitańskiej i układając troskliwie na koi.
W tym momencie spod pokładu wyłonił się Harry, trzymając w dwóch palcach maskę panny Watson.
- Lars, to twoje?! – zapytał, przyglądając się skrawkowi koronki, po czym przyłożył go do siebie. – Kurwa, jak ona to nosiła?! – zastanawiał się głośno.
- Zostaw to!!! – wydarł się Tilly, wspominając w jaki sposób zdobył tę maskę…


Lars wybiegł z ładowni. Dostrzegł czarnowłosą dziewczynę, gdy stała przy burcie i najwyraźniej miała zamiar skoczyć do wody. Stanął za nią i odwrócił twarzą do siebie, przykładając pistolet do czoła.
- Ty strzelisz… – zaczęła szafirowooka. – A ja ruszę dłonią. – wyjaśniła uprzejmie, trzymając nóż w miejscu, gdzie większość mężczyzn posiada swój mózg.
- Ja nie strzelę… – mruknął tylko Tilly, wpatrzony w szafirowe oczy Kate.
Cofnął pistolet i dotknął dłonią policzka dziewczyny. Wręcz wyczuł, jak się wystraszyła. Złapał w dwa palce koronkową maskę, którą piratka miała na twarzy, chcąc sprawdzić, czy naprawdę jest tak śliczna, jak mu się wydaje. W tej samej chwili Kate odwróciła się i skoczyła do wody, a Larsowi pozostał jedynie czarny skrawek materiału w dłoni.

- Któregoś dnia oberwiesz i to nie ode mnie… – mruknął Tilly, zabierając łysemu maskę Kate i chowając ją do kieszeni, po czym zszedł pod pokład.
John przypatrywał się Jamesowi.
- Cholera, Sawyer, w ciągu dwóch dni zostałeś trzykrotnie pozbawiony kapitańskiej kajuty… – westchnął ciężko. – Z nią nie tędy droga, by na nią wrzeszczeć i takie cuda wyprawiać. – dodał, schodząc pomóc kukowi przy zmywaniu garów.
Blondyn przez chwilę stał jak niepyszny pod drzwiami, które nagle z trzaskiem się otwarły…

Ronja wprowadziła gwałtownie słabnącego Cygana do kajuty i położyła go delikatnie na koi. Przez chwilę miotała się po pomieszczeniu, nie za bardzo wiedząc, co zrobić. W końcu podeszła do leżącego i ostrożnie rozpięła jego przesiąkniętą krwią koszulę. Na widok paskudnych ran na ciele mężczyzny w jej oczach pojawiły się łzy. Biegiem wypadła na pokład i popędziła w stronę zejściówki, ignorując spojrzenia zdumionych jej zachowaniem marynarzy. Po zejściu na dół natknęła się na Maysona.
- John! – krzyknęła, łapiąc go za przód koszuli.
- Ronja, spokojniej, nie tak szybko, na korytarzu jesteśmy… – wymamrotał, ogłupiały i zaskoczony, blondyn.
- Gdzie macie medyka, do jasnej kurwicy?! – wrzasnęła niemiłosiernie.
- Trzecie drzwi po lewej… – wykrztusił mężczyzna.
Bez słowa dopadła do wymienionych drzwi i otworzyła je z rozmachem.
- Jesteś potrzebny w kapitańskiej! – rzuciła tonem nie znoszącym sprzeciwu.
Thomas Brennet, medyk okrętowy na „Królu Jerzym”, popatrzył na zielonooką, której suknia była ubrudzona krwią i pomięta. Dziewczyna miała na ręce tylko jedną rękawiczkę, kapelusz na głowie przekrzywiony, a włosy potargane. Złapał bez słowa swoją torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami i podążył za panną Morisette. Ruda wypadła jak letni sztorm na pokład i pobiegła w stronę kapitańskiej. Nagle ktoś złapał ją za ramię.
- Ronja… – zaczął Sawyer, bo to on przytrzymywał dziewczynę.
- Puść mnie! – pisnęła, patrząc na niego z furią w oczach. – Jak na razie nie mam na tyle dobrego humoru by z tobą dyskutować! – dodała.
- Pani Sawyer… – zaczął blondyn tonem, który nie wróżył nic dobrego, ale nie dała mu dokończyć.
- Jeszcze nie jestem panią Sawyer, więc licz się ze słowami! – wyszarpnęła mu ramię i, unosząc spódnicę do pół łydki, pobiegła do kapitańskiej, gdzie zamknęła się wraz z Brennetem i Montero na klucz.
Kapitanowi aż oczy pociemniały z wściekłości. Gwałtownym krokiem zszedł pod pokład i wpadł do mesy oficerskiej, w tej chwili pustej, bo John wraz z Tillym kręcili się po całym okręcie, pilnując załogi. Sawyer wywrócił krzesło i stół, po czym trzasnął dłonią w ścianę.
- Już ja ją poskromię… – odgrażał się przez chwilę pod nosem.
W końcu, już w miarę spokojnym krokiem, wyszedł z pomieszczenia i skierował się do kubryku, by napić się czerwonego, wytrawnego wina.

1 Hiszp. Aj, aniele…

Oślepiło ją słońce, które powoli chowało się za horyzontem. Rozejrzała się wokół siebie. Na mostku, przy kole sterowym, stał James, a obok niego Tilly. Obaj mężczyźni wymieniali między sobą jakieś uwagi, co wyglądało, jakby się o coś kłócili. Kobieta podeszła do relingu, na który lekko wskoczyła, jedną ręką przytrzymując się wantów. Jakieś pięć mil od „Króla Jerzego”, na łagodnej fali, kołysał się „Dauntless”. Ronja uśmiechnęła się złośliwie na widok okrętu Norringtona.
- Znowu się spotykamy, komodorze. – mruknęła pod nosem.
„Dauntless” był coraz bliżej.
- Idź do mojej kajuty i nie wychodź. Znając Norringtona, nie będzie nawet schodził na „Jerzego”, ale jeśli już, to lepiej, żeby cię nie widział. – stwierdził James, podchodząc do Ronji.
Wzruszyła ramionami obojętnie.
- Norrington zna mnie bardzo dobrze. I już dawno przestał mnie ścigać. – mruknęła pod nosem. – Za jego pieniądze mam „Golden Hind”. – uśmiechnęła się z wesołym błyskiem w oku. – A zresztą, on mnie nigdy tak na poważnie nie ścigał… – westchnęła lekko, zeskakując zgrabnie z relingu.
- Więc mimo wszystko chcesz żebym miał problemy? Z Hendersona będzie się trudno rozliczyć, ale za ciebie utną mi łeb, jak trza… – skrzywił się nieznacznie. – Ronja, ja jestem na służbie i nie wolno mi mieć kobiet na statku…
Lekko się skrzywiła.
- Dobrze… – szepnęła i odwróciła się z zamiarem zejścia do kajuty. – Czekam na ciebie w kapitańskiej. – dodała i zbiegła pod pokład.
- Ronja… Dziękuję! – zawołał za nią.
Przez ramię posłała mu promienny uśmiech, mimo że w środku aż się gotowała ze złości. Prawie zbiegła do kajuty, której drzwi zatrzasnęła za sobą tak mocno, że mało z zawiasów nie wypadły. Wściekła, usiadła na koi.
- Ja pierdolę! – zaklnęła na głos. – Czy ja się muszę całe życie ukrywać? – schowała twarz w dłoniach.
Po paru minutach poderwała się na równe nogi.
- A gdyby tak… – szepnęła sama do siebie i przystąpiła do wykonania swojego szaleńczego zamiaru.
Gorączkowo zaczęła przeszukiwać biurko Jamesa. W końcu wyciągnęła z niego nożyczki, którymi szybko obcięła sobie włosy na długość mniej więcej do ramion i związała rzemykiem w kucyk. Z szafy wyciągnęła koszulę Jamesa, którą nałożyła na siebie, a na głowę włożyła prosty kapelusz, ten, który miała od Grayera. Pod koszulą miała gorset, który skutecznie ukrywał jej piersi. Tak ubrana wyszła z powrotem na pokład, uśmiechając się lekko pod nosem. Na śródokręciu zaczepił ją Tilly.
- A ty co się szwendasz bezczynnie? – zapytał marynarz. – Bierz się za jakąś pożyteczną robotę, trzeba zrefować grota1. I popraw kapelusz, bo dzisiaj słońce mocno świeci. – uśmiechnął się znacząco.
Dziewczyna, zaskoczona tym, że została rozpoznana, odmruknęła coś niewyraźnie pod nosem i pobiegła do mężczyzn, którzy siłowali się z linami. Gdy już się z tym uporała, stanęła za jakąś beczką tak, żeby nie było jej widać i rozejrzała się. Do burty „Jerzego” podpłynął „Dauntless” i oba statki stanęły burta w burtę. Marynarze z okrętu komodora przerzucili na pokład Sawyera trap, po którym zszedł dumny oficer. Ronja uśmiechnęła się trochę smutno, widząc tak dobrze znaną jej twarz. W końcu był to jej były narzeczony, jakby na to nie patrzeć. James przywitał komodora podaniem ręki. Dziewczyna, po cichutku, podkradła się bliżej nich, żeby usłyszeć ich rozmowę.
- Witam, komodorze. – powiedział Sawyer, krzywiąc się przy tym tak, jakby właśnie usiadł na czymś ostrym.
- Witam, Sawyer. – odpowiedział Norrington.
Cała załoga uważała, że wygląda na dumnego i zadziera nosa, a także, że tak jest na co dzień, jedynie panna Morisette znakomicie zdawała sobie sprawę, że są to tylko pozory. Owszem, James Edward był dumny, ale nie aż tak. No i nie zadzierał tak mocno nosa. Przynajmniej prywatnie.
- Dokąd płyniecie? Z tego, co wiem, powinniście stać na kotwicy na Tortudze. – zapytał komodor.
- Z tego co wiem, żaden statek Royal Navy nie przestoi tam dłużej niż dwa dni, Norrington. – Sawyer uśmiechnął się złośliwie. – Płynę do portu w Hawanie.
James Edward pokiwał filozoficznie głową.
- Chyba mieliście wyraźne rozkazy, co, Sawyer? Wiesz, że Royal Navy nie toleruje niezdyscyplinowania? – uśmiechnął się z satysfakcją.
- Odstępstwo od dyscypliny musi mieć silne plecy. Takie zaplecze to, na przykład, groźna utrata jednostki. Mylę sie, komodorze?
- Nie, nie mylisz się. – syknął mężczyzna, mrużąc oczy ze złością. – Sawyer, kiedyś cię dorwę na niesubordynacji i zlecisz ze swojego stołka. – warknął. – Poza tym zmienisz kurs. To jest rozkaz. Popłyniecie do San Juan. Dużo drogi nie nadrobicie, a zawieziecie tam pewien ważny list. Zrozumiano?
Zielonooka poruszyła się niespokojnie, ukryta za zwojem lin. Wiedziała, że jeśli spóźnią się do Hawany, będzie niezła awantura. Zerknęła na Jamesa, który wyglądał, jakby trafił go jasny szlag.
Odetchnął głębiej i spojrzał na mężczyznę.
- Oczywiście, komodorze, ale… No tak, zawsze jest jakieś ale… – dodał, widząc wściekły wzrok Norringtona. – Mam z Hawany odtransportować jeńca… Dostałem polecenie, a potwierdzenie posłałem pierwszym okrętem, jaki tam płynął. Do odwołania jestem na rozkazy gubernatora i… – uśmiechnął się paskudnie. – Tylko gubernatora.
Komodor zaklnął pod nosem.
- Ty… – nie dokończył. – W takim razie płyńcie. – warknął. – Gdzie Henderson? – rozejrzał się po pokładzie.
- Nie ma. – James przyglądał się swoim paznokciom.
- Co to ma znaczyć, że nie ma?! – wydarł się Norrington.
„No to żeśmy się wpakowali…” pomyślała zielonooka, wychylając się ostrożnie zza beczki.
- Nie ma, panie komodorze, ma oznaczać to, co zwykle. Nie ma.
- W takim razie, spytam inaczej – gdzie jest Henderson? – w oczach oficera zabłysły triumfalne ogniki.
- Tam. – James wskazał ręką na morze falujące dookoła okrętów.
- Co to ma znaczyć, Sawyer???!!! – Norrington wydarł się tak głośno, że cała załoga zamarła w pół ruchu i przyglądała się dwójce mężczyzn, stojących na śródokręciu.
Blondyn uśmiechnął się rozbrajająco.
- Pan komodor nie zrozumiał, to ja może jeszcze raz powtórzę
- Sawyer, co ty sobie myślisz?! – komodor był doprowadzony do białej gorączki. – Co ma znaczyć, że Henderson leży na dnie? Jak to się stało, że najlepszy marynarz na tym okręcie poszedł na dno?!
- Wypadł za burtę. – oświadczył kapitan „Króla Jerzego” ze złośliwym błyskiem w oczach.
- Jakoś mi się w to nie chce wierzyć… – warknął Norrington, unosząc jedną brew do góry. – Płyńcie w swoją drogę. – odwrócił się i ruszył w stronę swojego okrętu.
Ronja, póki nikt nie zwracał na nią uwagi, podniosła się z ziemi i otrzepała. Skierowała się w stronę próbujących ułożyć porządnie liny marynarzy. Na jej nieszczęście musiała przeciąć drogę komodora. Gdy go wymijała popchnął ją silnie.
- Uważaj, gdzie chodzisz!!! – wrzasnął na nią. – Co za łachudry masz na tym okręcie! – prychnął w stronę Jamesa.
- A gubernator ostatnio powiedział, że to ozdoba Królewskiej Floty. – odpowiedział Sawyer ze źle skrywaną satysfakcją.
Norrington prychnął tylko w odpowiedzi. Dziewczyna zatoczyła się i byłaby upadła, gdyby nie oparła się o reling. Kapelusz przesunął jej się do tyłu, odsłaniając częściowo twarz. Przerażona tym, że komodor ją rozpozna, szybko nasunęła go z powrotem na oczy i prawie biegiem oddaliła się w stronę marynarzy. Norrington, wściekły, wkroczył na swój okręt i po chwili „Dauntless” odpływał już w swoją stronę. James wrócił za koło sterowe. Ronja, już teraz nie bojąc się odkrycia, weszła na mostek i stanęła oparta plecami o reling, z kapeluszem nasuniętym na oczy.
- Ładnie z tego wybrnąłeś, kapitanie. – uśmiechnęła się wesoło.
- Zabiję go, przysięgam… – westchnął i dotarło do niego, czyj głos wydostawał się spod kapelusza. – Ronja? Na miłość boską, coś ty z włosami zrobiła?
- Obcięłam. – roześmiała się, widząc jego minę. – Chyba nie jest gorzej, niż poprzednio? – przesunęła kapelusz na tył głowy, odsłaniając przy tym twarz.
- Pięknie jak zawsze… – szepnął, a na jego twarzy odmalował się lekki zawód.
- Co się stało? – podeszła do niego i położyła dłoń na jego ręce spoczywającej na kole sterowym. – Nie podoba ci się? – posmutniała.
- Podoba mi się, ale… Wolałem, kiedy były dłuższe… – popatrzył na nią z uśmiechem, który jednak nie obejmował jego błękitnych oczu.
- Odrosną. – uśmiechnęła się lekko. – James… Wiem, że jesteś na mnie wściekły, ale zrozum, do jasnej cholery, że ja nie mam zamiaru ciągle się ukrywać. Włosów też nie ścięłam dla własnego widzimisię, tylko po to, żeby trudniej mnie było odróżnić od mężczyzny. – prychnęła, zirytowana. – Zresztą, sam widziałeś, że Norrington mnie nie rozpoznał. Tylko Tilly coś zauważył…
- Przebierz się. – powiedział cicho i odwrócił wzrok.
Jego oczy utkwione były w szybko oddalającym się „Dauntless”. O czym myślał, tego nie wiedziała.
Odwróciła się na pięcie i zeszła do kajuty, z której wyszła ubrana jak poprzednio. Włosy, teraz sięgające do ramion, okalały jej twarz łagodnymi lokami. Była wściekła na Jamesa za to, że potraktował ją tak chłodno i kazał siedzieć przez całą szklankę w kajucie.
- Jestem gotowa. – stwierdziła tak lodowatym tonem, że lądolody na Grenlandii to przy nim rozpalony piec.
Mechanicznie zablokował ster i lekko zszedł na pokład.
- Ślicznie ci w tym stroju. – powiedział, wysilając się na uśmiech.
- Mógłbyś się tak do mnie nie zwracać? – syknęła kobieta, splatając ramiona na piersi.
- Tak, to znaczy jak? – zainteresował się uprzejmym tonem Sawyer.
- Tak, jak się teraz do mnie zwracasz, bo się nigdy tak do mnie nie zwracałeś, jak się teraz do mnie zwracasz! – ryknęła panna Morisette, biorąc się pod boki.
- Że co?! – James miał w tym momencie lekko ogłupiałą minę.
- Dokładnie to!!! Boże, to tylko mężczyzna… – Ronja wywróciła oczyma, po czym odwróciła się na pięcie i zamknęła w kajucie kapitańskiej, nie chcąc mieć z żadnym potomkiem Adama do czynienia.
Kapitan „Króla Jerzego” dopadł do drzwi pomieszczenia i szarpnął kilkakrotnie za klamkę.
- Wpuść mnie! To moja kajuta! – krzyknął.
Za jego plecami, oparty plecami o reling, ze skrzyżowanymi na piersi rękoma i złośliwym uśmiechem na twarzy, stał Lars i przyglądał się swojemu dowódcy z powątpiewaniem.
- No kto by pomyślał, James, że nie potrafisz kobiety w ryzach utrzymać… – stwierdził, uśmiechając się jeszcze bardziej złośliwie, jeśli to możliwe. – Jasna cholera, przypomnij mi, żebym się nigdy nie żenił…
- Przypomnę ci, jak ta czarnulka z nożem odda twoją broń i może w końcu z niej trafisz, a nie tak, jak to się odbyło w ładowni! – prychnął Sawyer, rezygnując z dobijania się do zamkniętej na klucz kajuty.
W tym momencie, załoga, która plątała się po pokładzie, ryknęła śmiechem, niemalże zaczynając tarzać się po deskach. Lars, który miał minę jakby go ktoś obuchem w łeb trzasnął, odwrócił się na pięcie i wpadł pomiędzy marynarzy.
- Wy w ogóle strzelacie ślepakami. – stwierdził. – Zjeżdżać do roboty wszyscy, ale już! – rozkazał, miotając się pomiędzy chłopcami.
- A ładna była?! – krzyknął jeden z załogantów, w międzyczasie błyskawicznie zmieniając miejsce śmiania się.
- Ej, a to ta sama panna, co mało kapitana nie załatwiła???!!! – wrzasnął kolejny.
- O kurwa, to Sawyer w końcu nie wyrobił???!!! – ryknął następny i wszyscy, jak jeden, znowu zaczęli pokładać się ze śmiechu na deskach.
Mayson, który ze stoickim spokojem przyglądał się całemu towarzystwo, a w tym akurat momencie patrzył na Tilly’ego, uśmiechnął się pod nosem.
- Lars, tylko spokojnie, a jak coś to wal po pysku, a nie od razu za burtę, bo będziemy mieć deficyt załogi. – stwierdził, splatając ramiona na piersi.
W tym momencie drzwi od kapitańskiej otworzyły się, z hukiem uderzając o ścianę, a w progu stanęła panna Morisette, z bronią w ręce.
- Zamknąć mordy!!! – ryknęła, wchodząc na pokład. – Czego wy się, do kurwy mojej nędzy, czepiacie Kate i Jamesa?! – podparła się pod boki. – Cieszcie się, że jej tu nie ma, bo już wszyscy stracilibyście możliwość posiadania dzieci!!! – zakończyła dzikim wrzaskiem całą aferę.
Na śródokręciu zapadła cisza jak makiem zasiał. Było słychać tylko skrzypienie lin i drewna, a także szum fal obijających się o kadłub. Wszyscy mężczyźni gapili się na pannę Morisette z otwartymi gębami.
- No co?! – kobieta wzruszyła ramionami z obojętną miną. – Ja mówię jak jest! – stwierdziła z rozbrajającym uśmiechem.
- Lars, weź ty może odbij naszemu kapitanowi tę kobietę… – szepnął konspiracyjnym tonem John Mayson. – Bo jak nie, to ja to zrobię…
- Mayson, po pierwsze, to ty masz żonę i trójkę dzieci w Port Royal, a po drugie to spieprzaj mi gary myć, ty podły skurczybyku!!! – ryknął James, słysząc słowa marynarza.
Ronja, która była ubrana tylko w koszulę Jamesa, na dodatek zapiętą do połowy, podeszła do Tilly’ego.
- Wiesz, ja nie mam nic przeciwko, bo Kate przyda się jakaś opieka, a ona wcale nie jest tak groźna, stwarza pozory… Chociaż faktycznie chybia tylko raz, ale mam nadzieję, że ty masz stuprocentową celność? – uśmiechnęła się uroczo.
- Tilly, oddychaj, to tylko kobieta, a ich się nie bije, pamiętaj… – ostrzegł go John, odwracając się na pięcie i znikając pod pokładem.
Lars usiadł ze skołowaną miną na pokładzie.
- Panie Boże, daj mi siłę… – wymamrotał, podnosząc oczy ku niebu.
- Ojej, Lars, czyżbyś jednak nie miał stuprocentowej skuteczności? – panna Morisette oparła się plecami o reling i skrzyżowała przed sobą nogi. – Ciekawe, jak to z Jamesem jest, mam nadzieję, że poniżej siedemdziesięciu procent nie spada… – zamyśliła się.
W tym momencie do kobiety podszedł Sawyer i bez słowa pochylił się, po czym przerzucił ją sobie przez ramię i zaniósł do kajuty.
Gdy kapitaństwo znikło w pomieszczeniu, do Larsa podszedł jeden z marynarzy, Harry, i położył mu dłoń na ramieniu.
- Tilly… Ale ładna była ta czarnulka? – zapytał cichym głosem.
Pierwszy podniósł zmęczony wzrok na marynarza.
- Bardzo ładna. – odparł ze zrezygnowaniem.
Spod pokładu niczym przysłowiowa burza letnią porą wypadł John, ściskając w dłoni list gończy panny Watson.
- Ładna, ale ile noży ma! – wrzasnął. – Przecież to nie wiadomo, gdzie łapy wsadzić, żeby się krzywda człowiekowi nie stała!
W tym momencie Larsowi puściły nerwy, mimo że cierpliwość to on miał wręcz anielską. Wstał i podszedł do Maysona, po czym, w grobowym milczeniu, przywalił mu prawym sierpowym w twarz.
- Boże jedyny, Tilly’emu trzeba szykować worek do pogrzebu, z taką kobietą, to nawet ja nie wytrzymam! – jęknął marynarz, który uprzednio dopytywał się o to, czy Kate jest ładna.

- Puszczaj mnie, ty małpo jedna!!! – wrzeszczała, pół żartem pół serio, panna Morisette, okładając po raz drugi tego dnia, plecy Sawyera pięściami.
- Nie puszczę. – stwierdził, kładąc ją na koję. – Chyba, że mnie ładnie poprosisz.
- Chciałbyś. – prychnęła Ronja, bawiąc się guzikami od swojej, o, przepraszam, Jamesa, koszuli.
Blondyn był zdziwiony jak sto diabłów morskich, gdy zauważył czyj ubiór ma na sobie panna Morisette.
- Co moja koszula robi na twoim ciele? – zainteresował się, przesuwając dłonią po materiale.
- Leży? – odpowiedziała pytaniem na pytanie dziewczyna, uśmiechając się rozbrajająco.
- A mogę się z nią zamienić miejscami? – drążył temat Sawyer.
- Jak mnie ładnie poprosisz… – mruknęła panna Morisette.
James w odpowiedzi pogłaskał ją po udzie, przesuwając dłoń wyżej.
- Tak ładnie? – dopytywał się.
- Nie, ładniej. – zażądała Ronja.
Sawyer bez słowa pochylił się i zaczął rozpinać zębami guziki koszuli, która znajdowała się na ciele zielonookiej. Dziewczyna odruchowo odchyliła głowę do tyłu i zamruczała cicho.
- Jeszcze ładniej… – szepnęła cicho.
James jedną rękę wsunął pod materiał ubioru panny Morisette, a usta skierował na jej szyję. Teraz dla odmiany to Ronja zaczęła rozpinać koszulę kapitana, przymykając lekko oczy.
- A tak ładnie? – zapytał blondyn, odrywając się na chwilę od piratki.
- Nie gadaj tyle! – mruknęła Ronja, ściągając z siebie koszulę i odrzucając ją na drugi koniec kajuty.
To samo stało się z koszulą Sawyera, po czym zielonooka złapała mężczyznę za ramiona i popchnęła na koję, sama rozsiadając mu się na biodrach, zwrócona przodem do niego. James, kompletnie zaskoczony tym zachowaniem, otworzył usta, żeby coś powiedzieć.
- Ronja… – zaczął, ale dziewczyna mu przerwała.
- Oj, już bądź cicho! – machnęła ręką w niezidentyfikowanym geście i błyskawicznie pozbawiła mężczyznę spodni. – Jak przychodzi do łóżka, to facetom się gęba nie zamyka. Czas to zmienić. – dodała z diabelskim uśmieszkiem, po czym pochyliła się i zaczęła całować blondyna.
James objął ją ramieniem, odwzajemniając pocałunki. Przetoczyli się po koi tak, że to teraz Ronja była na dole, a on na górze.
- I co dalej? – zainteresował się.
- Jak mówię, że masz nie gadać, to, to oznacza, dokładnie to, że masz nie gadać! – panna Morisette zrobiła naburmuszoną minę.
- Oj, kobieto! – westchnął filozoficznie Sawyer, całując szyję dziewczyny i zsuwając się z pocałunkami coraz niżej.
Wplotła palce w jego włosy i przymknęła lekko oczy, zdając sobie sprawę z tego, że przestaje panować nad tym, co czuje, o czym myśli i czego chce. A chciała po prostu poczuć się kobietą, taką prawdziwą, kochaną i pożądaną. Raz w życiu chciała sprawić, żeby mężczyzna stracił dla niej głowę, żeby to on czuł się bezbronny i zależny od niej, nie tak, jak było dotychczas.
Przeturlała się znów na koi, ciągnąc za sobą Jamesa, tak, że ponownie siedziała mu na biodrach. Spojrzał na nią ze zdziwieniem zmieszanym z fascynacją i już chciał jej coś powiedzieć, gdy zamknęła mu usta namiętnym pocałunkiem. Dłońmi błądziła po jego ramionach, nie pozwalając mu się ruszyć.
- Ronja… – szepnął, gdy usiadła prosto i spojrzała na niego z góry.
- Cicho… – westchnęła głęboko, gdy poczuła go w sobie.
Spojrzała mu prosto w oczy i uśmiechnęła się mimowolnie, bo teraz faktycznie to ona była panią.
- Ronja… – zaczął znów Sawyer.
Przeturlali się znowu, niemal spadając z koi.
- Zajmij się mną, a nie gadaniem, dobrze? – wyszeptała mu dziewczyna prosto do ucha.
Roześmiał się cicho.
- Pani życzenie jest dla mnie rozkazem. – odpowiedział, przyciągając ją do siebie i całkiem zatracając się w zielonych oczach Ronji.
Oplotła go nogami na wysokości bioder, jakąś częścią umysłu zauważając, że James obejmuje ją mocno ramionami, a ona opiera się plecami o ścianę.
- James… – szepnęła teraz Ronja.
- Milcz, kobieto. – zamknął jej usta pocałunkiem, bo cóż innego mógł zrobić w takiej chwili jak ta?

1 Grot – pierwszy od dołu żagiel na grotmaszcie, trzecim maszcie licząc od dziobu.

Weszli, trzymając się za ręce, po trapie „Króla Jerzego”. Okręt lśnił czystością, a załoga, stojąca w równym rzędzie na śródokręciu, prezentowała się znakomicie. Przy relingu stał jej kufer, przyniesiony tu już widocznie przez Gilleta i Olivera wysłanych przez zapobiegliwą Kate. Ronja uśmiechnęła się słabo do Jamesa.
- Kapitanie, może byś przedstawił mnie swojej załodze? – spytała, starając się, by jej głos nie zadrżał ze zdenerwowania i lekkiego strachu.
- Tylko co ja mam im powiedzieć, księżniczko? – zapytał cicho. – Nie mam pojęcia.
- Łżyj jak pies. – mruknęła. – Zrób ze mnie portową dziwkę, obojętnie co, mi to dużej różnicy nie robi…
- Jesteś pewna, że nie robi ci to różnicy? – zapytał, obejmując ją lekko.
- Dzisiaj zostałam nazwana dwa razy dziwką. Jeden wte czy wewte to już dla mnie pryszcz. – uśmiechnęła się z wysiłkiem.
- Jeśli tobie wszystko jedno, to… – uśmiechnął się do niej, a potem spojrzał na swoją załogę. – Panowie, to jest panna Ronja Hudson, moja przyszła żona. Panna Hudson jest kapitanem jednostki „Queen Elizabeth” i na „Królu Jerzym” płynie jako drugi kapitan i jej słowo ma być dla was prawem, tak jak moje. A tak do waszej wiadomości, to panna Hudson jest lepszym żeglarzem niż większość z was, więc jeśli usłyszę jeden nieprzyzwoity komentarz dotyczący przyszłej pani Sawyer, to macie kil zapewniony…
Załoga spojrzała po sobie w niemym zdumieniu. A to ci dopiero! Ich kapitan, zawzięty kawaler, żonę sobie znalazł! I to tak szybko. Po chwili, gdy pierwszy szok minął, uśmiechnęli się z przymusem do Ronji, która odpowiedziała tym samym, chociaż na wieść, że ma odgrywać przyszłą panią Sawyer, zakręciło jej się w głowie i mało nie zemdlała z wrażenia.
- Aye, aye, sir!!! – ryknęła załoga i przypatrywała się z wyczekiwaniem Jamesowi, oczekując na dyspozycje dotyczące ich zajęć.
- No to do żagli, panowie… Ja z moją panią musimy zająć się organizacją życia na Jerzym. George, wyprowadzisz statek na morze. Tilly, weź kogoś do pomocy i zanieście kufer Ronji do mojej kajuty. Zadowolona, księżniczko? – szepnął, całując jej włosy.
- Tego się nie spodziewałam… – uśmiechnęła się lekko. – Mam nadzieję, że łyknęli tę bajeczkę i nic nie będą podejrzewać. A bycie przyszłą panią Sawyer będzie zapewne bardzo interesującym zajęciem… – zmarszczyła lekko nos.
- Od tej chwili jesteś skazana na mnie przez cała dobę. Ale zawsze możesz mnie wyrzucić z kajuty, kochanie… A czy będziemy wiarygodni, to już nasza rzecz. – przyciągnął ją do siebie. – Mogę, Ronju? – zapytał.
- Jeszcze się pytasz? – przekrzywiła głowę. – W końcu jestem pod twoimi rozkazami, więc muszę być ci posłuszna… – uśmiechnęła się lekko.
Pocałował ją na oczach całej załogi. Długo, długo stali połączeni tym pocałunkiem, aż wszyscy mężczyźni zaczęli gwizdać, wyrażając w ten sposób swoją aprobatę. Kiedy wreszcie oderwali się od siebie, Sawyer długo patrzył swojej „wybrance” w oczy.
- Tak naprawdę, to ty jesteś tutaj kapitanem, księżniczko. – wyszeptał, poprawiając jej włosy.
Uśmiechnęła się, tak jak to tylko ona potrafiła.
- Nie lubię być kapitanem. – szepnęła. – Za dużo obowiązków, a poza tym nie jestem stworzona do rządzenia… – mrugnęła wesoło. – A teraz bym się z chęcią przebrała w jakieś normalne ciuchy. Nie mam zamiaru paradować cały dzień w tej cholernej kiecce.
- Chodź, pokażę ci, gdzie będziemy mieszkać… A potem uprzątnę taką moją prywatną enklawę i będziesz ją sobie mogła zagospodarować. Spać, niestety, musimy razem, przynajmniej przez jakiś czas. Rzecz jasna, ja mam przygotowany bardzo wygodny fotel. – wziął ją za rękę i poprowadził przez pokład do odpowiedniej części okrętu
- Tyś chyba zwariował, jeśli myślisz, że pozwolę ci spać na jakimś fotelu, choćby był nie wiadomo jak wygodny. – mruknęła, patrząc na niego jak na osobnika, który ma coś nie tak z głową. – Śpisz na koi i już. Najwyżej ja się przekimam na tym fotelu.
- Będziesz mnie musiała przywiązać do łóżka i na mnie usiąść, a i tak nie wiem, czy mnie na nim utrzymasz. – burknął, otwierając drzwi.
W środku zastali idealny porządek, stojący grzecznie pod ścianą kufer i siedzącego na krześle Tilly’ego.
- Pan kapitan chciał pomówić. – przypomniał się, zupełnie niepotrzebnie, marynarz.
James skinął głową i przepuścił Ronję w drzwiach.
- Wiesz, kim jest ta kobieta i liczę na to, że nikt poza tobą się nie dowie. – rzekł z taką siłą, jakiej zielonooka dotąd nie słyszała w jego głosie.
- Aye, sir. – powiedział z całą powagą mężczyzna. – A z czystej ciekawości zapytam czy panna Morisette nie ma przypadkiem ze sobą broni, którą zabrała mi jej przyjaciółka?
- Wiesz, ja jej nie zaglądałam w bagaż ani nigdzie indziej… – Ronja uśmiechnęła się niewinnie, przykucając przy kufrze.
Lars pokręcił głową, wcale nie zawiedziony.
- A swoją drogą, panie kapitanie, to czy nasz gość faktycznie zostanie panią kapitanową Sawyer?
James uśmiechnął się gorzko.
- O to trzeba pytać panią kapitan Morisette. Tymczasem wracaj na pokład i przejmij od George’a dowodzenie. Zaraz przyjdę na mostek. – dodał.
Gdy za wiernym marynarzem zamknęły się drzwi, Ronja wręcz zanurkowała do kufra.
- A pani kapitan Morisette zastanowi się nad propozycją kapitana Sawyera. – wystawiła łeb znad skrzyni. – Chociaż, swoją drogą, ja się chyba do małżeństwa nie nadaję. – mruknęła pod nosem. – A wracając do koji… już ja mam swoje sposoby, żeby utrzymać mężczyznę w łóżku, wierz mi, mój drogi. – uśmiechnęła się. – Mógłbyś mi gorset rozwiązać, bo nie sięgnę?
James wyciągnął ramiona.
- Chodź do mnie, księżniczko, i usiądź mi na kolanach, bo rozwiązywanie gorsetu, szczególnie twojego, zajmie mi dłuższą chwilkę. Wiesz, maleńka… – zaczął, kiedy zielonooka niepewnie przysiadła. – Rozwiązywanie gorsetu ma w sobie coś takiego intymnego i nieuchwytnego jednocześnie. – pocałował ją w ramię. – Siedź spokojnie i nie wierć się, księżniczko. – dodał, kiedy poprawiła się i usiadła wygodnie. – No już, moja najpiękniejsza… – dodał, kiedy gorset był już rozwiązany.
Przytuliła się do niego.
- Mmm… całkiem dobrze mi tutaj. – wymruczała cicho, uśmiechając się pod nosem.
- Mnie również… – oparł głowę o jej ramię. – A co do małżeństwa, to też nigdy nie myślałem o tym, żeby się związać.
„Aż do tej chwili” pomyślał, ale nie powiedział tego na głos.
- Wiesz, ja bym chyba nie mogła wyjść za kogoś za mąż. – zamyśliła się na chwilę. – Chyba, że ten Ktoś był marynarzem i mógł ze mną pływać. Nie jestem stworzona do życia na lądzie. Kocham ryzyko i morze. To jest mój świat… – dodała po chwili milczenia.
Nie widziała jego twarzy, ale jakimś cudem wyczuła, że był poważny, jak jeszcze nigdy.
- Rozumiem. – szepnął.
Nagle drzwi do kajuty otworzyły się gwałtownie i stanął w nich jakiś marynarz.
Kobieta podskoczyła, przestraszona. Mężczyzna zmierzył ją mało sympatycznym spojrzeniem.
- Panie kapitanie, jaki kurs? – spytał, nadal przypatrując się Ronji, której gorset więcej odkrywał niż zasłaniał.
Sawyer podniósł się powoli i dziewczyna wyczuła promieniujący od niego gniew, żeby nie powiedzieć wściekłość.
- Powiedziałem, że przyjdę na mostek za chwilę? – zapytał, silnie akcentując każde słowo.
Marynarz przełknął ślinę.
- Tak jest, panie kapitanie. – szepnął.
- To, wytłumacz mi jakoś, Henderson, co robisz w mojej kajucie, do której zresztą wpadłeś jak do chlewu?
Stojący w drzwiach pobladł niczym płótno żaglowe.
- Ale, ja… ja… – zająknął się.
James podszedł do niego i złapał go za ubranie na karku.
- Żegnam. – syknął wściekle i wyrzucił go za drzwi, po czym zamknął je starannie na klucz. – Wybacz, Ronju. To moja wina. Nie pomyślałem o zamknięciu. Zaufałem im, okazuje się, że na próżno.
Uśmiechnęła się łagodnie.
- Mówi się trudno. Z załogami to już tak bywa. Ja się na mojej też parę razy zawiodłam. – podeszła do niego i pogładziła go po policzku. – Nie denerwuj się już, dobrze?
- Ależ ja jestem spokojny, kochanie. – przygarnął ją do siebie. – Ale ubierz się. Po co mają gadać, że jesteś nieobyczajna? Języków ludziom nie zawiążesz, oczu nie zakryjesz. Przy mnie się nie odważą, ale ja nie będę z tobą chodził wszędzie. Załóż coś, księżniczko. – pocałował ją w skroń i wyszedł.
Po jakichś piętnastu minutach wyszła pewnym krokiem na pokład. Była ubrana w zieloną sukienkę ze sporym rozcięciem na nodze, ale za to z niewielkim dekoltem. Włosy zaplotła w warkocz, z którego wysunęło jej się parę kosmyków i opadło na twarz. Na ręce, tam, gdzie miała tatuaż, zawiązała chustkę i to tak, żeby wyglądało to jak prowizoryczny opatrunek. Z lekkim uśmiechem błądzącym po ustach, oparła się o reling i zapatrzyła w lekko falujące morze. Nagle poczuła za sobą czyjąś obecność. Za jej plecami stał George Henderson i wpatrywał się w kobietę ponurym wzrokiem.
- Poznaję cię… To za tobą ganialiśmy po porcie jak wariaci… – powiedział cicho, mrużąc swoje kaprawe oczka.
Ronja uśmiechnęła się złowieszczo w odpowiedzi.
- Mayson miał rację, jakimś cudem dostałaś się na pokład i spotkałaś kapitana. – teraz to on się uśmiechał i to nad wyraz obleśnie. – Zastanawiałem się, panno Morisette, jak się stąd wydostałaś. Teraz już wiem. Dałaś dupy kapitanowi. – zachichotał obrzydliwie i zlustrował jej odsłoniętą nogę. – Musisz być świetna, skoro zabrał cię na statek. Tu też, jak przypuszczam, zdążył cię wyobracać. A może nie zdążył i dlatego taka smutna jesteś? Nie dość, że pirat, to jeszcze dziwka… Takie są najgorsze. – przysunął się do niej z prawie miłym wyrazem twarzy. – A wiesz, co się z takimi robi? – uśmiechnął się na widok niepewności na twarzy kobiety. – Najpierw oddaje się je załodze, od kapitana począwszy, na ostatnim majtku skończywszy. Może ją mieć każdy, ba… nawet powinien. Kiedy już z nią skończą to przeciąga się ją pod kilem, ale musi robić to ktoś, kto jest w tym dobry, bo taka kurewka musi żyć… Następnie oddaje się ją żołnierzom… – ściszył głos – Niech pani zapyta przyjaciółki, która też się tu przypałętała i dała dupy Tilly’emu. – uśmiechnął się obrzydliwie. – Czy ja pani nie nudzę? – zapytał przesadnie głośno i grzecznie, widząc, że zbliża się w ich kierunku Sawyer.
- Idź do diabła… – warknęła Ronja, blada niczym ściana.
- Żołnierze też według rangi. A jak skończą i taka suka wciąż żyje, to się ją wiesza… Wspaniale, prawda? Zdarzyło nam się parę razy, kiedy kapitan złapał jakąś dupę z pirackiego statku. Każdą trzymał jakiś czas na pokładzie, tak do pani wiadomości, panno Morisette. A potem dostawała ją załoga. – zobaczył, jak kobieta odsuwa się od niego i chwiejnym krokiem odchodzi. – Miłego dnia, pani kapitan! – zawołał za nią, po czym odwrócił się i wrócił do zajęć.
Sawyer, który w międzyczasie wrócił na mostek, patrzył na nich zza koła, po czym zwrócił się do Tilly’ego.
- No i widzisz, Lars, zaakceptowali ją.
Barczysty żeglarz smętnie pokiwał głową.
- Coś mi się zdaje, James, że nie tak do końca. Idź do niej, strasznie blada się zrobiła po tej wymianie uprzejmości. Ja cię zastąpię. I kurs na Hawanę?
- Na Hawanę… – powtórzył jak w malignie Anglik, patrząc na twarz Ronji. – Zastępuj mnie. – szepnął do Tilly’ego i zbiegł na główny pokład.
Czuła, że się cała trzęsie. Nogi miała jak z waty, a kolana się pod nią uginały. Chwiejnie pokonała parę metrów pokładu i oparła się o reling. Miała ochotę wychylić się za burtę i zwymiotować, ale zagryzła wargi aż do krwi i postanowiła, że nie pokaże załodze swojej słabości. Kątem oka zauważyła podchodzącego do niej, mocno zaniepokojonego, Jamesa, jednak nie miała siły, żeby chociaż uśmiechnąć się do mężczyzny.
- Ronja, stało się coś? – szepnął, widząc, jak tragicznie wygląda.
Zaprzeczyła ruchem głowy, a zaraz potem pokiwała potakująco.
- Weź mnie stąd… – szepnęła łamiącym się głosem. – Zabierz mnie stąd, byle dalej!!! – rzuciłaby się na Hendersona, gdyby Sawyer jej nie powstrzymał.
- Ronja, co się dzieje? – James był kompletnie zdezorientowany.
- Jak to, co się, kurwa, dzieje?! – wrzasnęła panna Morisette, odwracając się w jego stronę. – Mogłeś mi się od razu przyznać, że chcesz mnie przelecieć, żaden problem!!! Wystarczyło grzecznie poprosić! – krzyczała, jednocześnie pięściami grożąc George’owi.
Blondyn, który nadal nie wiedział, co tak rozzłościło dziewczynę, złapał rudą za ręce i potrząsnął nią.
- O co ci chodzi, Ronja? Powiedz mi, proszę… – popatrzył na nią błagalnie, ignorując zdumiona i zszokowane spojrzenia chłopców z załogi.
- Kiedy mnie oddasz załodze? – zapytała, wyrywając mu swoje dłonie. – Przed kolacją, na lepszy apetyt, czy po, na lepsze trawienie???!!
- Ronja… – szepnął. – Popłynęłabyś, gdybym ci powiedział, co tak naprawdę robię? Oczywiście, że nie popłynęłabyś. A załodze cię nie oddam… dopóki mi się nie znudzisz… – uśmiechnął się okropnie.
- W takim razie, ile mi pan dajesz? Miesiąc? Może dwa dni?! – dziewczyna wrzeszczała jak opętana.
- Jestem czegoś pewien… Nie znudzisz mi się nigdy. – dodał, patrząc w jej intensywnie zielone oczy.
- Im pewnie też tak mówiłeś! – krzyknęła. – Każdej tak gadałeś! Słodkie słówka na początek, a na koniec szubienica! Za to w międzyczasie ostatnie poniżenie i utrata godności, coś najgorszego, co może przytrafić się kobiecie. Jak mogłeś mi mówić, że jestem dla ciebie ważna! – po twarzy popłynęły jej łzy, łzy strachu, utraconych nadziei i wściekłości. – Nienawidzę cię!!
- Ucisz się, na miłość boską, bo cała załoga gapi się na nas… – syknął. – Siedź cicho, wariatko i nie próbuj krzyczeć, bo może się stać coś, czego nie mieliśmy w planach. – złapał ją znowu za ręce i próbował przerzucić przez swoje ramię.
- Zostaw mnie! – pisnęła, okładając go pięściami.
James, ignorując to, co panna Morisette wyprawiała, zaniósł ją do kajuty kapitańskiej, gdzie rzucił szarpiącą się piratkę na koję, po czym położył się na niej i, najspokojniej w świecie, związał jej ręce.
- To dla twojego bezpieczeństwa… – szepnął.
Kobieta szarpnęła się, usiłując przerwać tę chorą grę, w którą sama się wplątała. Dłonie Sawyera błądziły po jej ramionach, a potem zsunęły się niżej. Mężczyzna jednym palcem gładził skraj dekoltu jej sukienki.
- Nie bój się, księżniczko… – wyszeptał i pochylił nad nią.
Poczuła jak jego wargi stykają się z jej ustami. Nie pocałował jej, wstrzymywał się.
- Nie zrobię ci nic złego. Gdybym miał taki zamiar, wykorzystałbym cię albo na plaży, albo jeszcze wcześniej, tu, na „Jerzym”, a uwierz mi miałem możliwość. – potarł nosem o jej policzek. – Nie jesteś taka jak inne piratki, pani kapitan Morisette. Obiecaj, że nie zrobisz niczego głupiego, a przetnę te więzy i już nigdy nie zrobię czegoś tak głupiego, jak w tej chwili. – pocałował ją.
Mocno i zachłannie. Tak, jak tylko Sawyer potrafił.
Próbowała się wyrwać, ale to nie miało sensu. Zwariowała, była chora na głowę i nie wiadomo co jeszcze, że dawała się tak wykorzystywać. Z oczu ponownie popłynęły jej łzy, powodując, że pocałunek został przyprawiony solą. Patrzyła na niego ze strachem.
- Proszę… Wypuść mnie… – wyszeptała drżącym głosem. – Boję się, rozumiesz? Myślałam, że to będzie wyglądało inaczej, ale oni mnie rozpoznali. Słyszałeś? Rozpoznali mnie… Teraz nie będę miała chwili spokoju. Wypuść mnie, daj mi łódkę, a odpłynę z powrotem, wrócę na „Golden Hind”. – szeptała gorączkowo, cała się trzęsąc. – Henderson opowiedział mi, co robicie z takimi jak ja. Sama nie wiem, jak mogłam dać się tak omamić i wpakować się tu, prosto w wasze łapy… Pamiętam, co się dzieje z kobietą, której stała się podobna krzywda i zaręczam ci, że nie chcę przechodzić przez to samo. Wystarczająco dużo czasu zajęło mi doprowadzenie do porządku Kate.
- Co dokładnie powiedział ci Henderson? – zapytał James, kładąc się wygodnie obok kobiety. – A wypuścić cię nie mogę… Idziemy pełnymi żaglami i nie dasz rady dopłynąć sama do brzegu. – ponownie ją pocałował. – Ronja, na miłość boską, przysięgam ci na mój honor, że cię nie oddam tym kretynom. – przytulił policzek do jej ramienia. – Uspokój się, księżniczko…
Miała ochotę odsunąć się od niego. Mierził ją bardziej niż Sparrow, o ile to możliwe.
- Przedstawił mi nader obrazowo i dokładnie, co robicie z piratkami i dziwkami w jednym. Jak to najpierw cała załoga musi taką wyobracać, później ląduje pod kilem, a następnie trafia w ręce żołnierzy, a na koniec – wiesza się ją. – po kręgosłupie przebiegł jej dreszcz. – Mówił, że już parę takich delikwentek mieliście na pokładzie i trzymałeś je tak długo, aż ci się nie znudziły. Nie chcę być następną… – zakończyła łamiącym się głosem.
- Widzę w twoich oczach coś, czego nie spodziewałbym się zobaczyć… – szepnął i wyciągnął zza pasa nóż. – Kochanie… Nie wiem, co mam ci powiedzieć, żebyś mi uwierzyła… – trzymał jej związane ręce i patrzył jej w oczy, jak zbity pies na swojego pana, który przed chwilą kopnął go boleśnie. – Powiedz, czy tylko Henderson cię rozpoznał czy ktoś jeszcze… – poprosił i zdecydowanym ruchem przeciął więzy. – Muszę wiedzieć, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo. Wzięliśmy kurs na Hawanę, księżniczko. Nie wrócisz już na „Golden Hind”. – przyciągnął jej dłonie do swojej twarzy i, choć chciała je wyrwać, pocałował delikatnie.
- Mayson… – szepnęła. – Poza tym nie wymienił więcej nazwisk. Ale to mogą być wszyscy, którzy ścigali mnie po porcie.
Wyglądała jak mała, bezbronna dziewczynka, która zgubiła się w ogromnym tłumie. Rzucała trwożliwe spojrzenia wokół siebie i nadal cała się trzęsła. W jej wzroku gościł brak zaufania i paniczny lęk. Ciągle była bardzo blada.
- Poczekaj tu na mnie. Nie ruszaj się stąd, chyba, że chcesz zobaczyć, co robi zakochany kapitan Royal Navy w obronie swojej kobiety. – mruknął, niby sam do siebie, i podszedł do biurka stojącego w kącie.
Szarpnięciem otworzył szufladę i wyjął z niej dwa pistolety. Szybko je naładował i popatrzył na kobietę.
- Idziesz? – zapytał i otworzył drzwi.
Powoli wstała i, na jeszcze miękkich nogach, poszła za nim.
- Coś ty wymyślił? – szepnęła cicho, wpatrując się w niego, jakby go widziała po raz pierwszy w życiu.
- Teraz zacznij się bać. – szepnął i przyciągnął ją ręką zbrojną w pistolet. – Mogę? – zapytał, zbliżając swoje usta do jej warg.
Pokiwała lękliwie głową.
- Tak… – szepnęła, patrząc mu w oczy, które wyglądały jakby ten, kto je posiadał miał serce ze stali albo nie miał go w ogóle.
Pocałował ją stojąc w drzwiach, a załoga przyglądała się temu ciekawie. Kiedy się wreszcie odsunął od niej, znów na nią spojrzał.
- Postawiłaś mnie przed najtrudniejszym wyborem w życiu… – wyszeptał jej do ucha i sprężystym krokiem przeszedł przez statek. – Henderson, ścierwo, złaź na dół! – zawołał, a marynarz, chcąc, nie chcąc, musiał się do tego zastosować.
Kiedy tylko zbliżył się na metr, James wycelował i strzelił. Na pokładzie zapanowała śmiertelna cisza.
- Mayson, do mnie.
Mężczyzna z wahaniem wystąpił przed szereg. Był blady jak trup. Ronja wpatrująca się w tę scenę szeroko otwartymi oczyma wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć. Patrzyła na Jamesa z niedowierzaniem i lękiem. To było dla niej za dużo. Mocno wsparła się o ścianę, nie zdając sobie sprawy, że cała załoga przenosi wzrok z niej na Jamesa, na trupa i z powrotem. Mayson poszedł po rozum do głowy i plując na swój honor, postanowił ratować życie. Padł na kolana i rozpłakał się jak dziecko.
- Panie kapitanie, ja nic nie zrobiłem! Ja mam żonę i trójkę dzieci w Port Royal…
Cała załoga wyglądała jak świeżo pobielone ściany. Nikt, odkąd pływali z Sawyerem, nie widział go w takim stanie. Kapitan był doprowadzony do ostateczności. Nagle jeden z marynarzy spojrzał na Ronję, leżącą pod ścianą.
- Kapitanie, panna Hudson zasłabła! – zawołał.
Drugi nawigator, Bramsley, westchnął i, jako że stał najbliżej, podszedł do kobiety i pomógł jej wstać.
- Ładne mi rzeczy, takie krwawe jatki przy damie. Kapitan, nie kapitan, ale kobieta i mimo wszystko… – mruczał żeglarz pod nosem. – Z panienką wszystko w porządku? Może wody? – zapytał.
Pokiwała głową z wdzięcznością.
- Poproszę… – szepnęła przez ściśnięte gardło. – James… – odwróciła się do kapitana.
W tym momencie Bramsley podał jej szklankę z wodą. Upiła łyk i mało kubek nie wypadł jej z dłoni. Znowu zwróciła wzrok na Sawyera.
- James, zostaw go… – poprosiła czystszym już głosem. – On nie zawinił, to tylko Henderson. – zrobiła chwiejnie krok do przodu.
Mayson rzucił się kobiecie do stóp.
- Pani kapitan, ja nic nie zrobiłem… – powiedział płaczliwym głosem.
Sawyer spojrzał na niego i w jednej chwili zrozumiał, że ten człowiek nie byłby zdolny do tego, żeby przeciągać kobiety pod kilem, wielokrotnie je gwałcić i jeszcze oddawać w tym celu żołnierzom. Zbliżył się do niej i rysy w jednej chwili mu złagodniały.
- Mayson, na miłość boską, któż ci powiedział, że cię chciałem zastrzelić? Chcę, żebyś zabrał Hendersona i przygotował z ludźmi jego pogrzeb. Był marynarzem, bądź, co bądź… – westchnął i popatrzył na ciało. – Boże, jak ja nienawidzę tego robić… – szepnął do siebie. – George musiał umrzeć, bo ja nie będę tolerował jakichkolwiek sprośnych i wulgarnych komentarzy pod adresem mojej narzeczonej. – rysy mu stwardniały. – Jeśli ktoś jeszcze chce ją nazwać kobietą lekkich obyczajów, to proszę, czekam. Mam jeszcze jedną kulę, a znajdzie się ich więcej…
Załoga cofnęła się przed groźnym wzrokiem kapitana. Wszyscy zastanawiali się, co tak naprawdę zrobił bądź powiedział Henderson, że Sawyer tak się wściekł. Ronja popatrzyła ze słabym uśmiechem na Maysona.
- Wstań i idź wykonać rozkaz kapitana. – szepnęła.
Mężczyzna zerwał się na równe nogi, skrzyknął paru chłopców do pomocy i wspólnie zaczęli szykować wszystko do pogrzebu. Kobieta podeszła do Jamesa.
- Chodźmy stąd. – poprosiła błagalnym tonem. – Musimy porozmawiać i to na poważnie. – dodała jeszcze ciszej. – Wydaj im rozkazy i wracajmy do kajuty.
Ognisty i żywo nie angielski temperament blondyna stygnął powoli.
- Do żagli… – mruknął wreszcie, pozwalając Ronji zaprowadzić się do kajuty.
Tilly patrzył na to z mostka. Zablokował ster i szybko zszedł do kapitańskiej. Wparował tam niczym kula armatnia.
- Sawyer, wiem, że ona jest bardzo piękna, ale, na wszystkie demony piekła, nie strzelaj bez powodu do załogi! – wrzasnął.
W Jamesie na nowo zapłonęła wściekłość.
- Rozpoznał Ronję… – wyszeptał.
Lars zmarszczył brwi i przez chwilę się nie odzywał.
- No to w takim razie, dobrze, że tak szybko strzeliłeś i nie cierpiał. – stwierdził w końcu i wrócił do steru.
Ronja prawie upadła na koję. Gdy już siedziała na łóżku, wpatrzyła się w Jamesa lekko przerażonym spojrzeniem.
- Boję się ciebie… – szepnęła cicho. – Potrafisz być delikatny i czuły, ale z drugiej strony zachowujesz się jak diabeł wcielony. Nie podejrzewałam cię o takie zmiany nastrojów. – zawahała się i opuściła nisko głowę, tak, że włosy z warkocza opadły jej na twarz. – Przepraszam… – wyszeptała ledwo słyszalnie.
- Nie przepraszaj… Tylko chodź do mnie i się przytul… – szepnął, wyciągając do niej ręce. – Sam zaczynam się siebie bać…
Podeszła i wtuliła się w jego ramiona, niczym mała dziewczynka.
- To moja wina, to wszystko. – ukryła twarz na jego piersi. – Nie powinnam była w ogóle proponować ci wspólnego rejsu. Poza tym powinnam była cię wysłuchać, a nie wrzeszczeć na ciebie od razu. Byłam przerażona, myślałam, że będę następną z tamtych… – popatrzyła na niego z wahaniem.
- Kochanie, to wcale nie twoja wina. – szepnął jej we włosy. – Nie mogę pozwolić na coś takiego… Księżniczko… Jesteś jedyna na świecie i nigdy nie będziesz jedną z tamtych… Boisz się jeszcze?
- Już nie tak bardzo. – wysunęła się z jego objęć i usiadła na koi, podciągając kolana pod brodę i oplatając je ramionami. – Ale… jeśli ktoś jeszcze mnie rozpoznał? Co wtedy zrobimy? Przecież nie wybijesz całej załogi w pień, tylko dlatego, że wiedzą, kim jestem. – westchnęła ciężko.
- Ręczę, że nawet, jeśli, to nikt się nie odważy odezwać. Poza tym, zyskałaś sobie u nich, ratując Maysona. – usiadł na koi obok niej i bezczelnie włożył jej rękę pod sukienkę.
Przez chwilę gładził ją po łydce, a potem odsunął się i wstał.
- Teraz Hawana, a potem bezpiecznie wrócisz na Tortugę… Wiem, że tym razem się już nie spotkamy… – szepnął, krzyżując ręce na piersiach. – Ronja, ja tak bardzo nie chcę zostać sam… Chcę komuś zaufać, jak Tilly’emu…
Popatrzyła na niego smutnym wzrokiem.
- James, nie myślmy na razie o tym, co będzie się działo po Hawanie. Może się jeszcze tyle rzeczy wydarzyć… – wyszeptała. – Kto wie, czy nie zostanę z tobą. A może ty zostawisz wszystko i popłyniesz ze mną na „Golden Hind” w stronę horyzontu? Nikt tego nie wie. – wzruszyła lekko ramionami. – Tyle, że ja widzę pewien problem… – uśmiechnęła się niczym ta dawna Ronja, sprzed całego zajścia. – Jeśli masz zamiar spać na fotelu, to ja się obrażę i wynoszę do ładowni… – dokończyła z figlarnym błyskiem w oku.
- Do ładowni nie pójdziesz, bo się Tilly’emu spodobałaś… – zachichotał z radosnym błyskiem w oku. – Czyżbyś chciała sie położyć? – dodał z troską.
Zaprzeczyła ruchem głowy.
- Jeszcze nie… Zastanawia mnie jedna rzecz – czy Sparrow nie miał racji, nazywając mnie zwykłą, portową dziwką. – obróciła się plecami do Sawyera, nie chcąc spojrzeć mu w oczy.
Przygarnął ją do siebie.
- Nie, nie miał racji. Nikt nie może cię winić za to, że wciąż szukasz bezpiecznego portu. Jesteś młoda, piękna, chcesz się bawić i czerpać z życia. – pocałował ją w czoło.
Pokiwała w zamyśleniu głową.
- Masz rację. – uśmiechnęła się do niego, ale po chwili spoważniała. – Tylko, że czuję się coś dłużna tej zapijaczonej świni… Gdyby nie on… Zresztą, sam dobrze wiesz, jak to jest, już ci mówiłam… – ponownie potrząsnęła głową. – Z drugiej strony, nie mogę całe życie spłacać jednego długu. – dodała po chwili.
- Musimy o nim rozmawiać? – zapytał James, a jego oczy zaświeciły niebezpiecznie.
Zdjęta nagłym strachem, szybko zaprzeczyła.
- Nie, nie musimy… – szepnęła lekko drżącym głosem. – Jezu, co się ze mną dzieje? – złapała się za głowę. – Boję się, tak cholernie się boję, że powiem coś nie tak, że znowu rozpęta się tu piekło… – usiadła na koi, łokcie oparła o kolana, a twarz ukryła w dłoniach.
- Nie bój się. Jestem groźny dla całego świata, tylko nie dla ciebie. Jest w tobie coś takiego, co potrafi spętać tego demona, który we mnie siedzi. Swoją drogą, to ty go wyzwoliłaś. – przykucnął przed nią i oparł podbródek na jej kolanach. – Może byś coś zjadła? Mam naprawdę dobrego kucharza…
Pogładziła go delikatnie po policzku.
- I teraz powinnam cię za to jakoś ładnie przeprosić? – spytała z lekkim uśmiechem. – Spróbuję coś przełknąć, w zasadzie od rana nic nie jadłam, a, jeśli się nie mylę, zbliża się wieczór.
- Oj, zanosi się na awanturę… – mruknął Sawyer, podnosząc się zwinnie, po czym spojrzał na Ronję. – Zjesz tutaj czy z załogą, w mesie1? U nas jest już taki zwyczaj, że nowy kapitan je pierwszy posiłek z ludźmi, ale jeśli nie chcesz, każę przynieść tutaj. Ja muszę teraz za stery, księżniczko.
- Na jaką awanturę? – wstała i popatrzyła mu prosto w oczy. – Zwyczaj rzecz święta. Pójdę zjeść w kubryku, tylko pokaż mi gdzie to jest. I może najpierw się przebiorę? – zerknęła na swoją pogniecioną sukienkę.
- Zjemy razem, ale nie o to mi chodzi, księżniczko. – popatrzył na nią ciepło. – Słyszałaś, jak wybijali dzisiaj szklanki? – zapytał z przekornym uśmiechem.
- Nie… – pokręciła przecząco głową. – Miałam ważniejsze sprawy do roboty niż słuchanie, którą szklankę wybili. A czemu pytasz? – przekrzywiła lekko głowę.
- Bo nie wybijali… – pokręcił głową ze skrajnym zwątpieniem. – Ja ich kiedyś pozabijam… – westchnął. – Pomóc ci czy poradzisz sobie sama, Ronju? – wrócił myślami do jej stroju.
- Jeśli masz zamiar ich zabijać, to dopiero jak mnie nie będzie na pokładzie. Mam na najbliższy czas dość krwi. – mruknęła. – A co do stroju: sukienka czy spodnie? – uśmiechnęła się wesoło. – Bo jak zwykle nie mogę się zdecydować.
- Jak dla mnie – spodnie… Ale wolałbym, żeby załoga się nie śliniła bardziej niż to zazwyczaj bywa przy posiłkach. – uśmiechnął się tak, jak tylko on potrafił. – A z tym zabijaniem, to taka przenośnia była. Ja też mam już dość trupów na pokładzie.
- Mój drogi, ja mam takie sukienki ze sobą, że będziesz mógł ślinę wiadrami wylewać. – roześmiała się wesoło. – No więc, jaka decyzja, kapitanie? – przykucnęła przy kufrze i spojrzała na niego.
- Kochanie, nie mogę ci dyktować, co masz włożyć. Już prędzej, co masz zdjąć, ale to jeszcze nie teraz…
Zaczęła przeszukiwać wnętrze skrzyni w poszukiwaniu odpowiedniego ubioru. W końcu wynurzyła się, trzymając w ręku czarne, obcisłe spodnie i białą koszulę, a do tego czarny, zapinany na srebrne ćwieki gorset.
- Możesz zrobić coś z tą sukienką? – uśmiechnęła się słodko i odwróciła tyłem do Jamesa.
- To zależy co byś chciała, żebym z nią zrobił… – mruknął, całując jej kark i delikatnie zsuwając ramiączka.
- Kapitanie! „Dauntless” na sterburcie! – zawołał ktoś z pokładu.
- Noż kurwa jego mać! – syknął. – Kochanie, wybacz… – pocałował ją namiętnie. – I, na miłość boską, włóż coś na siebie.
- Tak ubrana to ja mogę paradować tylko przed tobą. – uśmiechnęła się. – Zaraz do ciebie dołączę, tylko trochę się ogarnę. – usiadła na koi i przyglądała się mężczyźnie, który jeszcze raz ją pocałował i wyszedł z kajuty.
Sukienkę kopnęła w kąt pomieszczenia. Szybko ubrała się, jak na przyszłą panią kapitanową przystało. Nie mogła odmówić sobie przyjemności dość sporego dekoltu – koszula była pod szyją rozpięta aż do miejsca, gdzie zaczynał się gorset, a ten zaczynał się pod piersiami. Stanęła przed lustrem i uśmiechnęła się łagodnie do własnego odbicia.
- Morisette, aleś się wpakowała. – mruknęła sama do siebie. – Pytanie, czy przypadkiem nie zrobiłaś czegoś nadzwyczaj inteligentnego. – obrzuciła swoją postać długim spojrzeniem i rozpuściła włosy.
Z kufra wyciągnęła chustę, którą przewiązała się w pasie i włożyła za nią rapier. Z lekkim uśmiechem na ustach popchnęła drzwi i wyszła na pokład.

1 Mesa – jadalnia na okręcie i miejsce spotkań całej załogi. Zwykle oficerowie mieli osobną mesę.


  • RSS